Wędrówki za książką: DZIEWCZYNA Z BOTANY BAY i Australia kolonizowana

 

Jak to zwykłam robić, wędrówka ta będzie komparatystyczna, zaprzęgająca do namysłu różne obszary kultury, filozofie, literaturę, antropologię. Jeśli nie wiesz, czym jest komparatystyka, to już tłumacze: compare, porównywać. Porównawcza dyscyplina humanistyczna, polegająca na globalnym, szerokim ujęciu zjawisk kultury (początkowo pod namysł podlegała literatura – Goethe i Mickiewicz przykładami twórców, którzy się tym zajmowali). Chodziło o rozległe spojrzenie na twórczość człowieka w świecie i jego relacje z owymi tworami.

Książeczka, która zaprowadziła mnie na tą komparatystyczną wędrówkę, jest cienka i dosyć łatwa w lekturze, zawiera w sobie historię, która wydarzyła się naprawdę. Przy okazji dotyka ważnych społecznie, historycznie i etycznie tematów. Co by nie wspomnieć, że są one też trochę egzotyczne. I tu też komparatystyka będzie miała pole do popisu, ponieważ teorie postkolonialne i wszelki miszmasz społeczno-kulturowy, to jej istotna część. Zaczynajmy!

O Dziewczynie z Botany Bay (autorka: C. Erickson) dowiedziałam się najpierw z filmu, który powstał na podstawie książki. Nazywał się „Niesamowita podróż Mary Bryant”. Oglądałam go, jako dziecko z wypiekami na twarzy. Tematyka Niesamowitej podróży mnie poruszyła zapewne ze względu na silną kobiecą postać oraz przemierzanie oceany. Zapisałam sobie nawet w notesie, by nie zapomnieć o tym filmie, choć teraz – jak zobaczycie dalej – odbieram go zgoła inaczej! I później usłyszałam też pieśń o Botany Bay od przyjaciela, który podśpiewywał szanty. Ten przyjaciel, co ciekawe (no przecież mogę, komparatystyczny wtręt!) wydał własną książkę, mini książkę, pisaną trzynastozgłoskowcem jednym ciągiem bez korekty, o szalonym naukowcu „Brat Albert”. Sprawdźcie, tam też występuje motyw władzy i niewolnictwa. (;))

Bowiem historia Mary Bryant, bohaterki już i książki i filmu, to oparta na faktach historia brytyjskiej więźniarki, zesłanej wraz z innymi niegodziwcami na Kolonię Angielską u wybrzeży Australii.

Znalezione obrazy dla zapytania mary bryant botany bay
from

 

 

Prawdziwa Historia: rekonstrukcja na bazie wspomnień i dzienników pokładowych

 

Pierwszą książką, traktującą o Mary Bryant, była To brave every danger z 1993 roku. Napisała ją Judith Cook, opierając się przede wszystkim na własnej wyobraźni, co zauważa Carolly Erickson w „Uwagach” na końcu swej książki. Judith Cook stworzyła dość poczytną książkę, przeczącą nieraz dokumentom. Prawdopodobnie twórcy filmu opierali się na tych dwóch powieściach, dlatego ostateczny kształt filmu odbiega od faktów.

Znalezione obrazy dla zapytania TO BRAVE EVERY DANGER
Amazon.ca

A fakty, które pozwoliły odtworzyć losy Mary, to dosyć rzetelne źródła. Carolly Erickson, autorka omawianej książki, wypisuje szczegółową bibliografię i całkiem sporo, jak na przygodową książkę fabularną, przypisów. Fakty historyczne zresztą to bardzo wdzięczny i interesujący materiał do obróbki literackiej. Wymagają jednak solidnego przygotowania i dużego nakładu pracy. Erickson wypada tu na bardzo zaangażowaną autorkę, ponieważ jest historyczką, pisarką popularnych biografii postaci historycznych. Nie ukrywam, że nie jestem czytelniczką tego typu powieści, ale po lekturze „Dziewczyny z Botany Bay” coś mnie przyciąga do pióra Erickson. Bo przecież biografie te są fabularne, a pióro pisarki naprawdę wciągające, płynne, nawet plastyczne. Wejście w klimat epoki gwarantowane. Równocześnie mamy pełno odniesień do rzeczywistych wydarzeń, zaś cytaty z dzienników pokładowych, pamiętników czy raportów i listów, tak zgrabnie wypełniają tekst, że tworzą z nim piękną symbiozę. Miałam wrażenie obcowania z rzetelnym opracowaniem faktów, przedstawionych w fabularnej i wciągającej formie. Czego chcieć więcej? No może – jeszcze więcej faktów!

Dlatego, że historia Mary Bryant jest bardzo dynamiczna, pełna nieprzewidzianych zwrotów akcji, wątków kolonizacyjnych, obrazów dawnych kolonii i sytuacji społeczno-politycznej.

Czytelnik zastanawia się i dziwi, że tak mogło być, pod skórą czuje, że to wszystko prawda. Losy bohaterów prezentowane są na tle wydarzeń, o których głośno się nie mówi. Książka o lekkim, jak na treść tytułem „Dziewczyna z Botany Bay”, odsłania swoiste tabu, rzuca światło na nieustannie zapominaną historię kolonizacji Australii. Zachęca do szperania w źródłach i podaniach. Zachęca też do refleksji na temat kolonii angielskich w Australii, dawnego prawa i setek tysięcy istnień, które przez dziwactwo rządu, generalną nieudolność i totalne nieopanowanie gwałtownego rozwoju państwa, straciło po prostu życie w męczarniach. Całość barwi fakt, że poznajemy w większości nikczemników, zbrodniarzy, złodziei i morderców, stojących obok siebie w ciemnej, wilgotnej ładowni.

 

 

Mary Bryant była skazaną na śmierć kobietą za napaście rabunkowe. W okolicach 1786 roku w Anglii wzrosła przestępczość, a zatłoczenie i nierówności majątkowe Londynu, tylko to potęgowały. W książce czytamy:

 

Wiosną 1792 roku niebo nad rozrastającą się gwałtownie metropolią Londyn zaciągnięte było gęstymi obłokami dymu i sadzy. […]  Kurz, hałas, tłumy, a przede wszystkim błyskawiczny, szalony rozwój stolicy pochłaniającej otwarte pola i bagna, zamieniając je na nowe ulice i pałace, nadawały Londynowi wygląd okrutnie bezosobowy. Ludzie, domy, całe dzielnice były tłamszone i zmiatane przez tego molocha w bezustannym chaosie wzrostu. Starzy, schorowani i słabi padali pokotem, zostawali w tyle […].

 

Odsunięci na bok, mniej wykształceni – lub wcale – biedni rolnicy, wielodzietne rodziny mieszkające poza miastem i dalej, często cierpiały katusze głodowe. W Kornwalii, skąd pochodziła Mary Bryant – z domu Broad – pożywienia dostarczały sardynki. Kiedy jednak zabrakło sardynek czy ryb, mieszkańcy popadli w prawdziwą nędzę. Bywały lata, kiedy nic nie rosło, nie było pieniędzy na sprowadzanie żywności, bo po wojnie, gdy kolonie amerykańskie zdobyły niepodległość – zmalał przewóz statkami. Przestępczość kwitła, a w parze z nią bunt! Sznyt buntowniczy, pełen odwagi, brawury i siły, towarzyszy losom Mary i całej książce. Bo patrząc na wszystko z dystansu, nie ma tu dobrych i złych, każdy jest człowiekiem, który różnymi, dziwnymi lub okrutnymi sposobami, walczy o swój byt, niezależność i stara się odnaleźć w prawach rządzących światem.

W tym miejscu możemy postawić trudne pytanie: czy tak samo traktować kolonistów, którzy „walcząc o byt” wedle własnych praw, zagarnęli i okrutnie wyniszczyli ludność Australii?

Rozrost kolonializmu i podboje brytyjskie w pewnym stopniu doprowadziły do zmiany naturalnych praw rządzących światem, do zaburzenia spokojnego życia obywateli w kraju (nowe wątki niejako zaczęły zaprzątać bliski ziemi byt, a umysł wybiegał ku wyimaginowanemu bogactwo odległych krain). Było to być może echo tego samego zakłócenia, jakie statki brytyjskie wprowadziły w dziewicze lądy wielu krajów naszej planety, w tym Australii, gdzie odbywa się po części akcja książki.

 

View in Port Jackson
The Voyage of Governor Phillip to Botany Bay, published by John Stockdale,

 

 

Port Jackson to nazwa portu, u której brzegu leży miasto Sydney Harbour. Naturalna, widowiskowa zatoka jawiła się przybyszom, jako idealny port i do dziś jest to największy naturalny port na świecie.

Botany Bay – słynna z szant i pieśni marynarskich zatoka mieści się natomiast pomiędzy wybrzeżem, na którym jest Sydney, a Portem Jackson. Zatoka Botaniczna, została tak nazwana przez – oczywiście – Jamesa Cooka, pierwszego podróżnika odkrywającego ten ląd (1770 roku). Nazwą chciał zakomunikować o olbrzymim bogactwie przyrodniczym lądu – i zapewne dlatego tak ochoczo i nierozważnie wysłano tam pierwszą flotę (11 statków) pełną skazańców, w celu zaludnienia oraz zasiedlenia Botany Bay.

Znalezione obrazy dla zapytania port jackson botany bay
Dictionary of Sydney

 

I szczerze mówiąc – tutaj źródła sobie przeczą. Botaniczność, ale zapewne jednak niezbyt przyjazna dla ludzi, nie zapewniła osiedleńcom ani wyżywienia, ani poczucia rolniczego bezpieczeństwa. Książka Erickson obrazuje sytuacje skrajnego wysuszenia gleby, braku plonów, co oznaczać też mogło nieumiejętność parania się rolnictwem i ogrodnictwem, skazańców.

W książce o Mary Bryant można poczytać o początkach, bardzo trudnych i okrutnych, zasiedlania Australii. Widzimy w niej rdzennych mieszkańców tego kontynentu, dziwiący Brytyjczyków klimat i warunki atmosferyczne, widzimy też odmienną dietę i rośliny, a nawet zwierzynę, którą jedzono (np. kangury). Generalnie jednak – skazańcom i przybyszom było bardzo trudno utrzymać się przy życiu. Spotkała ich choćby okrutna plaga głodu, trwająca długo i przynosząca codziennie śmierć wielu ludziom.

 

Podobnie, jak niezliczona ilość kolonizacyjnych eskapad (o połowie pewnie nawet nie wiemy), kolonizatorzy spotkali się z oporem losu i grozą natury. Nikogo to dziś nie dziwi, ale przecież to tak logiczne się wydaje, że człowiek nie jest panem świata i o wielu rzeczach nie wie. Przypomina mi się choćby „Terror” (D. Simmons), książka podbijająca od jakiegoś czasu serca czytelników, która opisuje fabularnie wyprawę Brytyjczyków pod dowództwem Franklina na Arktykę. Mieli zamiar przepłynąć Przejście Północno-Zachodniego z Europy do Azji  Nie mieli nawet pojęcia o odmienności, z którą przyjdzie im się zmierzyć; z taką zimą nie mieli nigdy do czynienia, a do tego można śmiało dorzucić: z własną niesubordynacją i słabym przygotowaniem.

Sam pomysł wysyłania na dziewicze lądy zbójów, nierządnice, morderców i drobnych złodziejaszków, wydaje się co najmniej śmieszny. Z drugiej strony pamiętajmy o tym, że los skazańców był czasem wyborem mniejszego zła, gdyż Anglia w tamtym czasie też przeżywała wiele kryzysów. O całym procederze, możecie przeczytać tak:

 

Brytyjskie więzienia były przepełnione, a więźniów szybko przybywało, toteż w 1718 roku rząd postanowił deportować skazanych poza Wyspy Brytyjskie. Około roku 1770 statki wywoziły przeciętnie 1000 więźniów rocznie, głównie do brytyjskich kolonii Maryland i Wirginia. Odkąd jednak w 1783 roku w wyniku wojny o niepodległość kolonie północnoamerykańskie uniezależniły się od Brytanii, nie można już było kierować tam skazanych. Niemniej do tego czasu na kontynent amerykański zesłano ponad 50 000 więźniów.

Istniała jeszcze możliwość wywożenia skazańców na nieurodzajne ziemie leżące na innym bardzo odległym kontynencie. Mapy jego wschodniego wybrzeża sporządził żeglarz James Cook, który 13 lat wcześniej, w roku 1770, proklamował ten obszar własnością korony brytyjskiej. Towarzyszący Cookowi w wyprawie Joseph Banks uważał, że tereny te świetnie się nadają na osiedlanie Brytyjczyków niemile widzianych w swoim kraju. Toteż w maju 1787 roku flota 11 niewielkich statków wyruszyła w drogę do odległej o 25 000 kilometrów kolonii Botany Bay — był to pierwszy transport tego typu. W ciągu następnych 80 lat, czyli do roku 1868, deportowano do Australii 158 829 zesłańców. (źródło)

Podobny obraz
Mamy też taką pozycję, wśród inspiracji dziwną opowieścią o skazańcach w kolonii

Botany Bay stała się zatem kolonią pełną przestępców. Mary Bryant była jedną z wielu tysięcy takich osób: mężczyzn, kobiet, dzieci. Warto pamiętać, że historia Mary jest jedną z wielu soczewek, poprzez które możemy dziś patrzeć na wydarzenia z tamtego czasu. Tak jak wspomniałam: dzienniki pokładowe statków, raporty dowódców i lekarzy, aż wreszcie osobiste pamiętniki prowadzone przez tych, którzy pisać potrafili – to są źródła, dosadne i wyraziste – o tym, jak wiele żyć i historii upakowanych jest w tej kolonizacyjnej opowieści o ludziach „gorszego sortu”.

 

 W „Dziewczynie z Botany Bay” poznajemy Mary Broad, skazaną na śmierć przez powieszenie, lecz jej wyrok w ostatniej chwili zostaje odwołany, a dziewczyna ma wraz z tysiącem innych przestępców wypłynąć do kolonii w Australii. Wtedy była to Nowa Południowa Walia. Statki wyładowane po brzegi mężczyznami i kobietami, w ścisku, tłoku i smrodzie, najpierw długo czekały w brudnym porcie na wypłynięcie. A kiedy już do niego doszło, szybko okazało się, że brak dobrego przygotowania do wyprawy, będzie skutkował masowymi buntami i śmiercią wielu z podróżnych. Dzienniki pokładowe dosadnie przedstawiają okrutną wyprawę do Australii. Tak naprawdę to zapewne umiejętność żeglowania sprawiła, że ostatecznie tak wielu Brytyjczykom udało się dopłynąć do wybrzeża – pokonywali sztormy, zimno i otumaniające gorąco. Choroby i niesprzyjające wiatry oraz rafy koralowe, które były przyczyną katastrof pierwszych wypraw do Australii.

 

Jednym z najcenniejszych źródeł o historii Mary, jest bezpośrednie zeznanie jej towarzysza w ucieczce z kolonii karnej w Australii. „Memorandoms” Jamesa Martina posłużyło za istotny element książki Erickson. Jak już wspomniałam, w książce fabularnej w bardzo ciekawy sposób wpleciono autentyczne cytaty z zachowanych dokumentów. Pisane pochyłą czcionką, z właściwą adnotacją w przypisach, włączone zostały w bieg powieści, dodając jej autentyzmu. Autentyczność ta zaś budziła zarówno grozę, niedowierzanie, co i pełną namysłu zadumę. Daje to też możliwość wniknięcia nieco psychologicznego, w konstrukcje psychiczne skazańców, którzy w obliczu okrucieństwa podróży, nie przestawali być po prostu sobą – bo przyparci do muru… potrafili pokazać ostre kły lub inne swe „atuty”.

Memorandoms by James Martin

 

 

 

Zatoka Botaniczna, a może Zatoka Sodomy&Gomory, czyli bohaterowie „drugiego sortu” – naprzeciw Rdzennych

 

W literaturze różnie bywają przedstawieni przestępcy. Bywają przedmiotem pisarskiego namysłu, to nie ulega wątpliwości. Autor stara się wgryźć w głowę mordercy, złodzieja, gwałciciela – ślady pisarskich myśli są niezbadane! W przypadku opierania się na materiałach źródłowych, sprawa jest trochę ułatwiona. I myślę, że w obliczu tak niejednorodnego charakteru postaci, to świetny sposób na naukę (dla twórców) wnikania w głębię swych bohaterów. Erickson, mając doświadczenie w pisaniu historycznych powieści, zobrazowała bohaterów „Dziewczyny…” z zachowaniem wszelkich dobrych cech historyka. Nie wchodząc w nadmierną emocjonalność postaci – którą trudno byłoby wydukać z dzienników pokładowych – skupiła się na faktach: tych dziejących się w relacjach międzyludzkich oraz ich sytuacji zewnętrznej, łącznie z krajobrazem, naturą i fizycznością.

 

Mamy bohaterkę, którą poznajemy niejako poprzez muśnięcie kornwalijskiego wiatru na jej skórze. Bohaterkę, na którą patrzymy poprzez brudne, zaropiałe ciała współwięźniów w celach na okręcie. Bohaterkę, migającą w oknie jej nowego domu w kolonii karnej, a wreszcie – stawiającą czoła odważnej ucieczce, śmierci, wyzwolenia.

 

Taki zabieg literacki bardzo mi się spodobał, ponieważ zostawia czytelnikowi przestrzeń do bycia tam, posmakowania wszystkich sytuacji, podejrzenia ich z boku. Emocje, pojawiające się u czytelnika stają się właściwą częścią fabuły! I to dodaje jej rozpędu, wraz z plastycznymi i rażącymi prawdą zdaniami z pamiętników czy raportów.

Znalezione obrazy dla zapytania botany bay colony
Prison ship to Botany Bay

 

Relacje pomiędzy skazańcami i żołnierzami były pełne napięć, agresji i wszystkich tych cech, które kojarzą się z ludźmi występku. Nie dawali sobą pomiatać, choć i ulegli z pewnością się zdarzali – oni jednak szybko umierali, przybici chorobą, zarazą, wątłością zewnętrzną czy wewnętrzną. Pozostali, jak możemy przeczytać w książce, urządzali libacje, orgie, nieskończone oddawanie się uciechom fizycznym, grali w karty, bili się, walczyli o pozycję i to, aby przetrwać podróż na statku. A później przeniosło się to do kolonii. Skazańcy mieli w sobie dużo siły i zacięcia, bowiem nie mieli nic do stracenia. Myśleli tylko wolności – po „odrobieniu” wyroku w kolonii, albo poprzez ucieczkę. W końcu nowy ląd, to nowe możliwości.

Choć Brytyjczycy ze wspaniałą wizją tworzenia nowego państwa starali się jak mogli – brak rolników, prawych i uczciwych ludzi znacznie opóźnił to działanie. Nasi rzezimieszkowie – kobiety, mężczyźni i ich dzieci płodzone w całkiem obfity sposób – baraszkowali w najlepsze, odkładali monety i skąpą żywność i wypatrywali powiewu wolności.

Niestety, sama walka o byt okazała się ważniejsza. Z książki dowiadujemy się o tysiącach ofiar głodowych w nowej kolonii. Na nieurodzajnej ziemi niewiele chciało rosnąć, albo też nikt nie potrafił dbać o plony. Pito „liście słodkiej herbaty”, podpatrywano, co jedzą tubylcy, jednak wycieńczone organizmy po długiej żegludze – szybko odmawiały posłuszeństwa i ludzie po prostu padali jak muchy. O tej heroicznej, ale i trochę żałosnej walce o byt na obcym lądzie, można powiedzieć tylko tyle: władze kolonizacyjne za nic miały rdzennych mieszkańców podbijanych lądów. Bo w zasadzie skąd, jak nie od nich, mogli nauczyć się życia na danym terenie? Zapewne zaciekawi Was nieco historii kolonizacyjnej Australii:

Pierwotni mieszkańcy Australii jeszcze w XVIII wieku byli koczującymi myśliwymi i zbieraczami […]. Mały stopień konsolidacji społecznej i politycznej plemion australijskich sprawił, że w 1788r. nie mogli oni skutecznie przeciwstawić się inwazji brytyjskich kolonistów. Brytyjczycy, zainteresowani wyłącznie okupacją kraju, tępili ich jak robactwo. W owym czasie w Australii było około 3000 000 mieszkańców, obecnie liczba ich nie sięga 50 000. (F.Rose „Pierwotni mieszkańcy Australii”)

 

Obecnie tak naprawdę – bo wydanie książki jest z lat 70tych – ab-origine (aborygeni, ci którzy byli od początku) mieszkają głównie w rezerwatach. Kiedyś podobno używali tak wielu języków, że nie sposób uwierzyć, że wszystko miało miejsce na jednym kontynencie. Teraz – nie potrafią porozumieć się ze sobą nawzajem, nie mówiąc już o cywilizowanym świecie, który wtargnął w ich dziewicze lądy. Słyszałam na wykładzie polskiego misjonarza w Australii, że 90% mężczyzn aborygenów cierpi na alkoholizm, tak radząc sobie z okrutną rzeczywistością. Z biedą przez niedopasowanie do społeczeństwa, odrzuceniem, a nade wszystko – przeszłością swych współplemieńców, przeszłością swego rodu, często wyciętego w pień przez kolonistów.

Interesujące z punktu widzenia relacji międzyludzkich, sztuki i

W książce poznajemy też inną kolonię, założoną przez Holendrów, gdzie dostają się nasi bohaterowie po uczcieczce – Timur. To zupełne przeciwieństwo nędzy i rozgardiaszu, panujących w Port Jackson. Przepych egzotycznych owoców, elegenckich ubrań, wystawnych przyjęć i pewnej współpracy z rdzennymi mieszkańcami. Odużeni wraz z lekturą wonnościami tych ziem zapominamy nagle, że jesteśmy w historii opartej na faktach! A tuż „za rogiem”, na kolejnej stronie, czeka nas nieoczekiwany zwrot akcji. Interesujący jest na tyle, że nie zdradzę ani słowem, nie chcę psuć nikomu lektury, do której zachęcam.

Nadmienię tylko, że ów zwrot akcji konfrontuje nas z niezmierzoną ludzką psychiką i tajemnicą, jaką jest każdy, pojedynczy człowiek. Jego decyzje, lęki, zapętlenia we własnej, najczęściej trudnej, sytuacji życiowej – głębia człowieka, wywiedziona przecież z faktycznie istniejących postaci! Głębia, w której balansujemy tak naprawdę na granicy zła i dobra, uczciwości i zdrady, wolności i niewoli. Te elementy nagle się zacierają, najważniejsze okazuje się wewnętrzne poczucie swobody, siła płynąca z samego środka, której reprezentantką w całej historii jest oczywiście tytułowa Dziewczyna z Botany Bay – Mary Bryant.

 

 

Kobieca niezłomność i wolność – ponad prawem, czasem i przestrzenią

 

Podobny obraz

Zanim zajmę się faktycznie niezłomną Mary, odwołam się jeszcze do filmu, który powstał na podstawie opowieści o słynnych uciekinierach z Portu Jackson. Prezentuje ów film bohaterkę w nieco innym świetle, a nawet dodaje kilkoro bohaterów nieistniejących w książce. Odejmuje im również wspomnianą głębię, graniczną i trudną do jednoznacznej oceny. Kino popularne cechuje się jednakże tym, że kształtuje świadomość ludzką (masową chciałoby się rzec). A skoro tak jest, to prezentowanie samych przestępców, z całą barwą ich występków i lubieżności – jest po prostu szkodliwe społecznie! Lecz w 2005 roku to już chyba nie taka tragedia prezentować trudnych bohaterów.

Trzygodzinny film dostarcza nam opowieści o Mary pełnej siły, jak i wrażliwości, dodaje w dodatku postać dobrego Anglika, którego nie ma w książce (więc i w historii źródlowej). Po co nam ten dobry Anglik? Na to pytanie można odpowiedzieć sobie bez problemu. Przypominam, że mamy w opowieści czasy kolonizacji brytyjskiej, podczas której w nieludzki sposób przewożono więźniów do odległych lądów, kazno im uprawiać rolę i umierać z głodu, zakładając jednocześnie „nowe państwo”. Bohaterką

 

Oranges and Sunshine

Samson and Delilah

 

 

Wędrówki za książką: DZIEWCZYNA Z BOTANY BAY i Australia kolonizowana
Port Jackson

Dodaj komentarz

Close Menu
×
×

Koszyk