Trylogia „Armeres” Prolog i 1Rozdział

 

PROLOG

 

Pierwsze płomienie buchały najwyżej.

Wszyscy uciekli, aby skryć się w grotach, jamach i jarach. Ale wiedzieli, że i tam ich dopadną. Dym wzbijał się wysoko, ozdabiając niebo ciemnymi i szarymi smugami. Zatruwał powietrze. Uciekinierzy dławili się i pluli, kaszląc donośnie.

Po kilku godzinach mozolnego plądrowania i przeszukiwania, napastnicy wycofali się w Góry. Co odważniejsi ruszyli za nimi, ale niedane im było dokonać zemsty. Łucznicy wrogów zbyt celnie strzelali.

Po domach pozostały same gruzy. Strzecha się dopalała, a wokół leżały trupy. W większości – mieszkańców wioski, ale też przyjezdnych i wędrowców, którzy szukali miejsca na chwilowy postój.

Bez wyjątku różne głowy nabito na pal. Pale ustawiono niczym płot wokoło pobojowiska, a raczej – rzezi.

Dziewczyna przekrzywiła głowę, poznając zakrwawioną twarz młodzieńca, z którym jeszcze wczoraj tańczyła. Kokietował ją całkiem sprawnie i zadawał niewiele pytań. Dzisiaj był już tylko znakiem ostrzegawczym.

Poszła dalej, ledwo uratowawszy się z oblężenia, strzepując kurz z odkrytych ramion i ud. Ogień w końcu dogasł. Dym rozrzedził się, pokazał błękitne niebo i świecące jasno słońce. Można było żyć tak, jakby tej rzezi nie było i większa część kraju tak właśnie żyła.

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

Spotkanie Królów Elfów
1. Miało miejsce kilka lat po osiedleniu się elfów w Armeres (II wiek przed Odkryciem), dotyczyło pozwolenia Charonitom zamieszkać w Górach Edeńskich[…]. Większością głosów elfy wyraziły na to zgodę[…].
2. Miało miejsce w III wieku przed Odkryciem, kiedy pierwsi ludzie przybyli do Armeres. Elfy pozwoliły im zamieszkać w kraju[…].

[…] Odkąd ludzie zamieszkali w Armeres, nadrzędnym dla nich celem było utrzymanie dobrych kontaktów z elfami.

Historia – czasy najdawniejsze,
Autorstwo zbiorowe, z Leśnej Biblioteki w Midis.

 

 

Poranek zaświtał w okna Welisonu. Nadir zszedł po masywnych, sosnowych schodach ze swojego pokoju.
– Król już wrócił? – zapytał służącą, która nakrywała do stołu na śniadanie.
– Och… Nie… Nie wrócił…- odpowiedziała próbując wydusić z siebie uśmiech. Nadir skrzywił się lekko.
– To już ponad miesiąc. Co on tak długo robi w Illiden? – westchnął rozkładając ręce, ale kobieta i tak wiedziała, że nie bardzo go to obchodzi.
– Coś go zatrzymało… Podobno w nocy coś się wydarzyło… Gdzieś niedaleko Hellen… Ale informacje dochodzą do nas na razie w strzępkach… A może król wstąpił do… – odchrząknęła służąca. – Do elfów? Ja wiem tyle, co strażnicy do siebie szepczą.
– Nash już wstała? – dodała chcąc zmienić temat.
– Nie wiem – chłopak wzruszył ramionami. – Drzwi do jej pokoju były zamknięte. Ja tam nie wchodzę. Nie chcę dostać po głowie.
– Zajrzę do niej. Zaraz wrócę i podam śniadanie. – oznajmiła służąca, podtrzymując w dłoniach siwą spódnicę do kostek i wchodząc na schody.

Gdy Dorote weszła na górę od razu zapukała do drzwi pokoju księżniczki Nash. Nikt jednak nie odpowiedział. Służąca cicho otworzyła drzwi i wślizgnęła się do jej pokoju.
– Księżniczko Nash! Jesteś tu? – zawołała, rozglądając się po nieskazitelnie czystym, wręcz sterylnym pomieszczeniu.
Przez uchylone okno wpadł podmuch porannego powietrza, a wraz z nim listek z pobliskiego drzewa. Dorote szybko je zamknęła, szybko domyślając się najgorszego, choć to było nieprawdopodobne, niemożliwe, by księżniczka… TA księżniczka, zrobiła coś takiego.

Z przerażeniem na twarzy służąca zeszła na dół. Tam, przy stole siedział już Nadir, próbujący ułożyć przy pomocy palców fryzurę na swoich jasnych, skołtunionych włosach.
– I co? Wstała? – zapytał, zafrasowany jednak własnym zajęciem.
– Nie wiem… – szepnęła służąca przecierając z niepokojem oczy. – Nie ma jej… Okno było otwarte.
Chłopak zmarszczył brwi, spojrzał na Dorote z niedowierzaniem. Może to jakaś babska gra? Nash dostała miesiączki, albo rozdarła ulubioną sukienkę i teraz wstydzi się wyjść?
– Uciekła? – parsknął więc śmiechem.
– Nie wiem… – powtórzyła Dorote, stawiając na stole półmiski z owocami. – Obawiam się, że pojechała do… elfów.
Nadir wywrócił oczami.
– Do elfów. Do elfów. – mruknął przedrzeźniającym tonem. –  Jakby nie miała już dokąd uciekać! – dodał. – To żadna ucieczka, tylko zatęskniła pewnie za tym elfim lasem.
Dorote nie odpowiedziała, ale pojadając śniadanie szeptała coś w języku santejskim. Języku starym, języku Dawnych Dni, którego używało teraz niewiele osób.
– Nash wykorzystuje za bardzo… to, że ma zezwolenie widywania się z elfami… – szepnęła służąca w końcu w Nowej Mowie.
Nash zaprzyjaźniła się z Endylią, księżniczką Leśnego Królestwa Elfów – Midis. Przyjaźń ta miała pomóc miastu Mancie utrzymać dobre kontakty z elfami i jak na razie się udawało. Księżniczka Nash świetnie dogadywała się z tymi istotami, sama często zachowywała się, jakby miała elficki rodowód.
– Ma zezwolenie, ale nigdy nie wykorzystałaby go w taki sposób… nikomu nie mówiąc. Bo po co? Nie słynęła ze skrytości. – odparł sam do siebie Nadir.

Wstał i łapiąc w biegu jabłko, wybiegł z królewskiego zamku Welisonu. Na ulicach panował tłok i nie można się było nigdzie przedrzeć. Po wielkim wysiłku wszedł do Wielkiej Stajni. Manta posiadała stajnie na wschodnim murze. Było w nich mnóstwo koni, które otaczano wielką opieką – ludzie w Mancie, jak nikt znali się na tych zwierzętach.               Nadir podszedł do Dernhemna, który zazwyczaj dowodził w stadninie.
– Witaj, Nadir. Co cię sprowadza do Stajni? – zapytał widząc nadchodzącego chłopaka, którego wszyscy dobrze znali. Mieszkał na dworze króla, przyjaźnił się z księżniczką i lubianym młodym poetą. I choć ludzie pracy fizycznej rzadko cenili tych, którzy inną materią tworzą dzieła – mieszkańcy Manty szczycili się tym, że mieli pośród swoich znanego w Armeres poetę.
– Była tutaj Nash? – odpowiedział pytaniem na pytanie i bez krępacji zatknął nos, bo nie lubił zapachu stajni.
– Księżniczka Nash była wcześnie rano i bardzo prosiła o swojego konia Area. Dałem jej oczywiście. Czy coś się stało? – odparł Dernhemn.
– Tego się spodziewałem. Eeh. – mruknął Nadir, jakby jeszcze się dobrze nie obudził. – Musisz mi dać Narsiza. – dodał, uśmiechając się i rozglądając po opustoszałej stajni w poszukiwaniu konia. Kilka karych rumaków zarżało wesoło.
– Pasie się razem z częścią naszych koni na Seribenie. Idź tam.
Nadir pobiegł do Amer – Wielkiej Bramy, a stamtąd na pola Manty – czyli Seriben. Były to łąki należące do Manty, na których zazwyczaj pasły się konie. A pola pod samymi murami miasta ludzie uprawiali głównie warzywa oraz różnokolorowe ziemniaki.
Chłopak bez problemu wziął Narsiza z Seribenu. Był to koń szlachetny, skarogniadej mści, miał długą grzywę i ogon, który mienił się również białym kolorem. Każdy mieszkaniec Manty miał swojego konia, był to dar od władcy, oznaczający przynależność do miasta, dawał też pewien stopień zaradności i bezpieczeństwa w kraju.

Nadir pojechał Narsizem pod Wielką Bramę, a potem skręcił na tak zwaną Leśną Ścieżkę – skrót do Lasu Darien. Ścieżka została stworzona wielki temu przez elfy, które chciały szybciej dostawać się nad Ocean SamWine. Teraz to zarośnięta i zapuszczona dróżka, zapomniana, odkąd ludzie zamieszkali w Armeres. W Lesie mieściło się królestwo Midis. Dostać tam można się było również prastarą Drogą Elfów, główną drogą używaną zarówno przez elfy, jak i ludzi. Nadir nie przejmując się ani konwencjami podróżowania po Armeres, ani zimnym wiatrem, pognał konia poprzez mityczny elfi las. Darien odurzył go zapachem mchu i jaśminu, gdzieniegdzie ukazujące się wielkie ważki oświetlały krzewy, odganiając tym blaskiem na kilka milimetrów gęstą mgłę.

 

><<>><<>><

 

Podobnie kilka godzin wcześniej, Nash popędziła na Arenie przez Leśną Ścieżkę. Musiała jak najszybciej dostać się do Midis. Miała bardzo złe przeczucia związane z wyprawą jej ojca do Illiden, wartowni Manty nad morzem. Tylko elfy mogły naprawdę wiedzieć, co się tam dzieje. Jej nikły dar czytania snów nie wystarczał w sprawach życia i śmierci.
Dotarła już do granic Lasu Darien. Był to piękny las, w którym przez cały rok panowała wiosna. Tam, w wieży zwanej Olmai zamieszkała królowa Arma i tam powstało Leśne Królestwo Elfów – Midis, co w języku santejskim oznacza “drzewo“. Las ciągnął się od Mostu Hiden, wzdłuż rzeki Hiden, aż do Morza Erg, do którego wpadała rzeka. Elfy miały więc dostęp do morza. Z rzeki Hiden wypływał również wodospad Datri, czyli “ceniony” z santejskiego. Elfy korzystały  z dobrodziejstw takiego źródła, tworząc na bazie tej wody mikstury i eliksiry. Datri płynął przez Las Darien i kończył się już poza granicą Armeres, w kraju Sitallen.

Nash jechała prosto do wieży Olmai, cudownie zdobionej pracą elfów. Gdy dojechała, zielonowłosy elf bez zdziwienia, wziął od niej Area. Księżniczka wbiegła po schodach do wieży. Na jej spotkanie wyszła królowa Arma.
– Witaj księżniczko, przyjaciółko elfów. – Nash ukłoniła się na przywitanie, ale rozbiegany wzrok księżniczki wyłamał się z tych konwenansów grzeczności.
– Przybyłam do księżniczki Endyli. – wydyszała w przyspieszonym tempie.
– Wejdź. Moja córka domyśliła się, że przyjedziesz, księżniczko. Czeka u siebie. – Arma ustąpiła Nash przejście, omiatając długą białą suknią lśniący, marmurowy parkiet we wnętrzu Olmai. Była nie tylko królową Midis, ale i wszystkich elfów żyjących w Armeres oraz jednym z najstarszych żyjących w państwie elfów. Miała długie, całe czarne włosy przeplatane zielonymi pasemkami i szarozielone, błyskotliwe oczy.

Nash weszła do pokoju Endyli, która stała wpatrzona w okno z zielonkawymi zasłonami. Miała ognisto rude włosy za ramiona i wielkie, brązowe oczy. Jej beżowa sukienka była lekko postrzępiona na dole oraz ozdobiona pomarańczowymi ‘kleksami’.
– Witaj Endylio. – zaczęła Nash, niepewnie spoglądając na minę elfki.
– Usiądź, Nash. domyślam się, dlaczego przyjechałaś tak nagle. – odparła Endylia, odchodząc od okna i siadając na łóżku przykrytym nieskazitelnie białą powłoczką.
– Mój ojciec jeszcze nie wrócił. A powinien. Mam… złe przeczucia. – mruknęła Nash przysiadając się obok.
– Zanim cokolwiek ci powiem… Muszę wiedzieć czy jesteś tu w roli księżniczki, która ma objąć tron i chce dowiedzieć się, co się dzieje w państwie czy… w roli Nash. Dziewczyny, która troszczy się o swojego ojca…? – zapytała poważnie elfka, mrużąc oczy. To ważne pytanie i szczera odpowiedź była podstawą ich przyjaźni.
– W roli Nash oczywiście. Przyjaźnimy się. Wiem, że mój ojciec tak jakby zmusza mnie do tej znajomości, żeby utrzymać dobre kontakty z elfami, ale jesteśmy ponad to. – odparła Nash, patrząc jej w oczy.
– Tak myślałam, ale z ostrożności wypada zapytać. – Endylia uśmiechnęła się. – Już nie raz ojciec wysyłał cię do nas, aby wyciągnąć jakieś informacje, albo inne rzeczy,  W każdym razie to teraz nie ważne, bo… – zająknęła się.
– Co się dzieje? – drążyła Nash i pochyliła się.
– Bo Charonici się zbuntowali. – powiedziała elfka.

– Te bestie z Gór??? – zawołała Nash, prostując się gwałtownie.
Charonici. Osiedlili się w Armeres w Górach Edeńskich niedawno po przybyciu elfów do Armeres. Zawarli układ z Królami Elfów, który mówił, że będą mieszkali w Górach dopóki nie odnajdzie się ich władca, wtedy to odejdą w poszukiwaniu własnego państwa. Według ich legendy władca, który ich stworzył, powróci w Górach, aby stworzyć im własne państwo. W Górach Edeńskich utworzyli tak zwane Siedlisko Charonu i własne Szlaki Charońskie. Znajduje się tam też Kotlina Chosa – nikt nie wie, co się w niej kryje. Jedynym bezpiecznym przejściem obok Siedliska i Gór jest Przesmyk zwany Choren, który prowadzi nad Morze Erg, do Portu Enen.
– Nie wiem czy bestie, ale tak. Oni. Charonici. – mruknęła Endylia.
– Ale… No… Jak objawia się ten ich bunt? Odchodzą z Gór Edeńskich? – zapytała księżniczka Manty.
– Nie odchodzą… Podobno Charonici zaczęli atakować przechodzących przez Przesmyk Choren elfów. Głównie elfów. – odparła Endylia krzywiąc się lekko. Swoimi szczupłymi dłońmi poprawiła fryzurę.
– To się wcześniej nie zdarzało. Przecież… Przesmyk zawsze był tak jakby… neutralny. Nic nikomu się na nim nie mogło stać. Oddzielał nas od Charonitów. – ciągnęła.
Nash pokręciła głową.
– Sprzeciwili się legendzie o swoim wodzu… Oby nie posunęli się do bardziej drastycznych kroków… – dodała.
– Ale co ma z tym wspólnego mój tata? – zapytała Nash. – Grozi mu coś? Charonici dotarli do Illiden?
– Oni nie. Na razie nie wychodzą poza Góry i Przesmyk. Twój ojciec, znaczy Król Wilhelm, jest właśnie w Wartowni Illiden. Pewnie boi się drogi powrotnej przez Przesmyk, przez Ścieżkę Rezis i w ogóle… Nie wiem, co planuje. Ale nie może wrócić stała trasą, to pewne. – odpowiedziała szybko Endylia, patrząc współczująco na Nash. – Kilkoro naszych też utknęło nad Morzem i będą pewnie musieli obejść Armeres naokoło, albo przeprawić przez ujście rzeki…
Przez chwilę siedziały w milczeniu. Piękno lasu Darien nie ukoiło niepokoju w ich sercach. Nawet w sercach królowej i króla Midis.
– No i… najgorsze… Zaatakowali jedną z małych wiosek niedaleko waszej wartowni Hellen, Ilirię. Wszystkie pół elfy i elfy… zabili… Ludzi też, choć w mniejszej ilości… To była istna rzeź.
Cisza stała się mroczna i ponura. Układy i pakty, podejmowane przez władców różnych ras wieki temu, okazały się tylko dziecięcą zabawą.
– Nie martw się. Na razie nie jest tak źle. Zapewniam cię, że sytuacja się pogorszy. Póki co, czekajmy na wieści. – pocieszyła Endylia księżniczkę Nash. Dziewczyna pokręciła głową. Jej elfia przyjaciółka nie miała daru pocieszania, choć w jej toku rozumowania było wiele słuszności, a w zasadzie – była w tym pradawna umiejętność przewidywania przyszłości.

 

 

 

 

 

 

ciąg dalszy nastąpi 

Trylogia „Armeres” Prolog i 1Rozdział

Dodaj komentarz

Close Menu