„Spojrzenia” /B.Grzeliński

 

Spojrzenie 1

Przechodzę pod postacią ulotności przez opustoszałe miasto cudów. Szyldy sklepów reklamują już dawno temu rozkradzione przedmioty. Powybijane szyby, drzwi, gdzieniegdzie brakuje nawet klamek. Przesuwam palcami po głębokich rysach starości jednego z budynków. Chropowatość przechodzi ze ściany na dłoń i tam zostaje – podobnie jak wszystko, czyli na chwilę oraz na zawsze. Na ścianie znajduje się teraz odcisk dłoni.

Przechodzę przez budynek i znajduję się w środku. Ciemność tu jest i tylko ciemność, zimno cmentarne i cisza trumienna. Nie oddycham, nie ruszam oczami, staram się tylko i wyłącznie być tutaj. Ciszę przerywa dźwięk odpalanej zapałki, wraz z nim ujawnia się delikatne światło medytującego człowieka. Światło, które daje światu, jest niczym motyl, który usiadł na igle – balansujące w bezruchu. Podszedłem do medytującego i ujrzałem, że unosi się nad podłogą. Światło dobywa się bezpośrednio z tętniącego serca.

 

 

Spojrzenie 2

Wszedłem w głąb własnej duszy w otoczeniu pieśni partyzanckiej. Dusza, z zewnątrz przypominająca człowieka, w środku nie wygląda jak nic znajomego. Pieśń zaczyna cichnąć, lecz nie ustaje – słychać ją bez przerwy w tle. Korytarze, którymi idę, są grząskie, posiwiałe i kaszlące. Nic nie jest tu piękne, jak mówiły litery pisane. Idę, kroki stawiam coraz dalsze, jakbym już teraz chciał się wydostać z własnej duszy. Wspomnienia ją kształtujące nie dają się na siebie napatrzeć, uciekając i rozmywając się na powierzchni oka.
Niekiedy pojawia się czyjaś zdeformowana twarz, wessana do wewnątrz lub eksplodowana. Próbując iść dalej, przejmuję mimikę uderzającą mnie raz po raz z siłą małego huraganu. Twarze mają ciała, uszy, zęby oraz coś, co musiało być kiedyś układem nerwowym. Teraz przypomina roślinę wyrwaną z doniczki.

Wracam na zewnątrz, lecz coś mnie zatrzymuje i nie pozwala opuścić duszy. Siedzę, a wokół niczym dym pojawiają się na chwilę słowa, w których dopatruję się próśb o pomoc w wydostaniu się.

 

 

Spojrzenie 3

Gdy wsiadałem do pierwszego wagonu tramwaju, spostrzegłem, że w środku nie ma ani jednego miejsca siedzącego. Kolory maszyny były nietutejsze, w swojej jaskrawości rozmyte, namalowane ręką nietrzeźwego człowieka. Tej nocy zamiast księżyca i gwiazd z nieba wyrastały do dołu drzewa.

Stałem tak, trzymając się poręczy, nie skasowałem biletu. Tramwaj przejeżdżał powoli przez kolejne przystanki aż do teraz, kiedy znajdujemy się na tramwajowej pętli. Teraz, coraz szybciej, tramwaj rozpędza się dookoła, nie wracając na tory. Uderza we własny koniec. Przez impet puszczam się poręczy, wysiadam – prosto w przepaść, plącząc się pomiędzy korzeniami drzew z nieba. Patrząc w dół na wszystkie pędzące pętle i widząc, że powoli moje oczy zamykają się wraz z obudzonymi na chwilę liśćmi, czuję spokój i nieistnienie.

 

 

 

 

Bartłomiej Grzeliński


 

„Spojrzenia” /B.Grzeliński

Dodaj komentarz

Close Menu