Relacja Ja-NieJa w książkach „Solaris” (Lem) i „Extensa” (Dukaj)

 

 

Solaris i Extensa

obrazami osiągnięć ludzkiej mentalności

 

 

 

 

 

Relacja Ja-NieJa

 

 

 

 

A może w istocie jest tak, że każda rzecz, osoba, zjawisko inne od nas samych, czyli właściwie wszystko – tworzą granice naszego poznania? Wyjść poza siebie samych możemy tylko do pewnych, całkiem elastycznych, granic, lecz ostatecznie zawsze to ja poznaje coś innego. Wszelka historia ludzkiego poznania, to historia ludzkiej relacji, reakcji i doświadczenia danego zjawiska, niekoniecznie zaś zjawiska w jego istocie. To w zasadzie poznawanie w nieskończoność właśnie człowieka. Brzmi to jak labirynt, niekończąca się pułapka rozumu. Dlatego rekomenduje się (choćby zaczynając od procesu wychowania) – aby człowiek zachowywał dystans wobec rzeczywistości, nierzeczywistości i siebie samego. Dystans ów nie czyni nas w żaden sposób nieczułymi, obojętnymi na świat, ale umożliwia świadome uczestnictwo we wszystkim, co stawia przed nami życie.

Świadomość ja/jaźni, daje możliwość poznania tego co nie jest mną. Bo Inne jest w pewien sposób definicją Ja (jako zaprzeczenie). Historia człowieka jest jednak równocześnie historią właśnie takiego stwierdzania, dochodzenia, ciągłego śledztwa i opisu zjawisk, tworzenia ich modeli i prób dociekania istoty bytu, teorii wszystkiego i co tam jeszcze byśmy chcieli. Czyli po prostu, „usławia” to, co jeszcze nie nazwane (w opisie).

To by tak wyglądało z perspektywy bardziej „zachodniej”. Umie ona pooddzielać bardzo skutecznie różne warstwy rzeczywistości i warstwy osobowości, oddzielić ją od świadomości, od duszy, rozum od wszystkiego i wynieść go na wysokie góry. Może przykładem w tym miejscu niech będzie „historia ziołolecznictwa”, czyli rozwój pozyskiwania leków z roślin, poprzez oddzielanie od siebie ich części składowych, związków czynnych… podczas gdy same zielarstwo to znacznie szerszy i głębszy zbiornik zjawisk kulturowych, społecznych, mitologicznych i nawet filozoficznych (jak choćby w Indiach czy Chinach), wokół określonej rośliny – jako całości.

 

A zatem intelektualne poznanie oznacza, że człowiek umie słowami ująć dany obiekt. SŁOWAMI, czy nie? Rozumienie zachodzi w słowach, symbolach, znakach, nawet jeśli właściwe ułożenie słów przekazuje znaczenie gdzieś pomiędzy wersami, a w samych słowach nic się nie zawiera. W każdym razie intelekt potrzebuje języka. Po to, żeby poznać, zrozumieć, przekazać.

Czy język jakikolwiek zaś umożliwia kontakt z tym co Nie-ja? Żeby kontakt mógł nastąpić, aby umożliwić dialog JA i NIE-JA, potrzeba podobnego systemu znaków, nawet umownego. Jednak nasuwa się w tej chwili wątpliwość, że przecież język jest potrzebny do przekazu, niekoniecznie już samej komunikacji, kontaktu. Kontakt językowy stanowi wypracowaną część u jednostki, ale porozumienie emocjonalne, pozawerbalne, albo uogólniając: świadome, jest odpowiednie naturze ludzkiej i kształtuje ją. Dlaczego świadome? Bo to też rodzaj poznania pozajęzykowego, gdzie podmiot doświadcza rzeczywistości, jest wobec niej otwarty, nawet jeśli w celu późniejszego ujęcia jej w opis słowny. Ta świadomość oznacza jeszcze świadomość Ja, czyli indywiduum poznaje świat, ale w sobie jest już określone, zwarte i stanowi dla siebie punkt wyjścia.

 

Podobny obraz

Ta sytuacja przywodzi mi na myśl Extensę Jacka Dukaja, szczególnie jej ostatni rozdział, kiedy w skrócie bohater rozpływa się niejako w kosmicznej świadomości, ale poznaje poprzez siebie, swą percepcję i doświadczenie. Mocne, prawda? W końcu res extensa = rzecz rozciągła, jak chciał ojciec dyskursu europejskiej filozofii. Tutaj rozciągłość przypisywana przez Kartezjusza do świata, bytu, została odniesiona do całości ludzkości – także jako bytu. Bo czy tworząc kulturę nie zbudowaliśmy przypadkiem właśnie rozwijającej się już samodzielnie spirali wiedzy i relacji? Tak też w fizyce istnieje termin osobliwości, do której autor Extenzy się odwołuje. Ludzkość osiągnęła taki poziom świadomości, że aż owa przestrzeń stała się zagęszczona i możliwa do eksploracji, pozostając w ciągłym dynamizmie. Zupełnie, jak myśl ludzka! No i o nią w zasadzie chodzi – i teraz – w ostatnim rozdziale res cognitas pływa po res extensie, ale już nie tej w świecie i naturze, ale w tym zbiorniku świadomości, ludzkich osiągnięć mentalnych!

 

 

 

 

 

 

 Solaris na horyzoncie

 

 

 

 

 

 

Wiadomo, że systemów komunikacji, języków, znaków jest nieskończona liczba możliwości i kombinacji. To taka kosmiczna rzecz, że nie sposób sobie wyobrazić, jak w ogóle doszło do tego, że ludzie jednak jakoś się porozumiewają ze światem i mimo wielu nieporozumień naprawdę nieźle im to wychodzi. Ale od tego stwierdzenia jest już blisko ślepego zaułka, który oznaczałby, że skoro mamy jakiś model komunikacyjny i jako tako on pasuje, to znaczy, że wszystko gra i to nam daje prawdziwą wiedzę.

Otóż wspomniany już dystans miałby polegać na świadomości sokratejskiej, że nic w zasadzie.. nie wiemy. A jednak globalizując język i uniwersalizując, wtykając na siłę wszystkim ludom tego świata (mowa choćby o języku naukowym), posiadanie dyskursu jęliśmy uważać za zwycięstwo nad niewiedzą.

Zepchnięta w najodleglejszy kąt niewiedza, zaciemnienie, tajemnice, ezoteryzm i wszelkie inne duchotwórcze dywagacje mają prawo istnieć tylko o tyle, o ile dają jakiś obraz dodatkowy do tego oficjalnego, stanowią jakby naturalny rozwój różnych dyskursów i może ich nieobecność byłaby dopiero dziwna. Że nie ma nic innego, alternatywnego. Fayeraband sądził, że brak relatywizmu jest niebezpieczny! Jakby zaczął tworzyć się jeden niepodważalny sposób komunikacji ze światem, dający stu procentowe poznanie… coś byłoby bardzo nie tak i w obliczu tak różnorodnej ludzkości nie jest to już możliwe… chyba że uznamy ten ekspansywny i transgresyjny model relacji za stałą i punkt wyjścia.

Jednak przecież to właśnie poznanie intelektualne uważa się za takie stu procentowe, nawet z tymi odnogami wiedzy pobocznej. Rozum ze swoimi kategoriami posiada obecnie złotą koronę, a tę koronę natknęli ludzie na okrągłą kulkę zielonej planety. Korona dyskursów po czasie zmieniła się w okulary. Posypały się i pozasłaniały oczy na to, co było od początku, byt jako taki.

 

 

(Nie)oczekiwany punkt zasadniczy tego, co napisałam dotyczy książki, a jakże! która zmusiła mnie, zmusiła dosłownie, abym o niej myślała i o niej chciała napisać. Tym bardziej, że z mojej strony Lemowi należy się głęboki ukłon, że pozwolił mi na siebie poczekać do odpowiedniej chwili, z tą swoją opowiastką, przypowiastką o Kontakcie, jak to się górnolotnie tam nazywało, z wielkiej litery, tak ważne, misja człowieka na obcej planecie, choć już nie tak obcej, w zasadzie dobrze już opisanej – planecie SOLARIS.

Solaris zamieszkuje, czy też tworzy wielki Ocean. Jest to nazwa być może nie do końca odpowiadająca stanowi rzeczy. To bardzo istotne, że chociaż Lem używa w swojej powieści słów znanych człowiekowi, bo tak też ludzkość jego książki, nazywała zjawiska na planecie, to mimo tego czytelnik od razu uczy się patrzeć ponad to. Ocean to nie do końca ocean, a zbiory biblioteczne solarystyki to nie tak do końca wiedza pewna i konkretna. To raczej historia człowieka, który poznaje Solaris, który mierzy się z tym, co nie jest ludzkie. A więc z Nie-ja, obcego, różnego od znanego Ja.

I mamy człowieka, który nam to opisuje.

Co mnie uderzyło od samego początku i co uważam za bardzo ważny element postawy Krisa Kelvina, to jego zachowanie już od początkowych stron. Jest to uczucie, które towarzyszyło i mi podczas lektury, wylewało się ze stron nie tylko Solaris, ale i wszystkich książek przytaczanych przez autora O Solaris. I była to… melancholia, tęsknota, gęsta mgła. To wpatrzenie w siebie, zamknięcie w sobie, w świecie własnych wyobrażeń i emocji. Już od początku taka aura unosi się nad Stacją, bo i jej mieszkańcy są pozamykani w swoich światach, nie chcą – bo raczej by mogli gdyby chcieli – ujawnić się przed tym drugim. Mentalne bariery w tak małej przestrzeni tworzą wokół bohaterów mury nie do przejścia, nie tylko z szacunku do prywatności, ale i z niechęci do wkraczania w tę pełną pomarszczonego czoła melancholię, niewiedzę, intymną walkę z samym sobą i o zwycięstwo nauki.

Oto mamy sytuację, w której człowiek znajduje się na obcej planecie, ale wie o niej „wszystko”, zna rozkład Stacji na pamięć, więc nic w sumie nie jest nowe. Niewiele też może zrobić, by tę sytuację zmienić, bowiem nie dysponuje narzędziami, ani wiedzą wykraczającą poza tomy o solarystyce. To, co może zrobić badacz na odległych lądach, wśród ludów obcych i innych od niego samego – to obserwować ów świat, grać na jego zasadach.

Czy to znaczy wypadnięcie z obranego przez siebie szlaku? Na przykład racjonalnego badania? Opisu naukowego? Niekoniecznie, raczej badacz musiałby zwyczajnie zwinąć swój nadmuchany i zaczerwieniony mózg do woreczka i pozwolić mu chwilowo nie bawić się w poznawanie, zaś samemu świadomie obcować z daną rzeczywistością. To co Inne wyrasta w taki sposób ponad siebie i tworzy twór jeszcze bardziej obcy, bo wykraczający poza rozum. Będę o nim mówić Obcy.

 

Ludzki lęk przed tym, co pozarozumowe, co dziwne i sprzeczne ze wszystkim co znamy, kończy i zaczyna się na tym, że elementy znane tworzą w pewien sposób nas samych, a pozbawieni tego, pozbawieni rozumowości w Nie-ja, jesteśmy tak bardzo obdarci z samych siebie, że lękamy się o zatracenie, o rozmycie siebie w tym oceanie niewiedzy (albo wiedzy nadmiaru).

Jakbyśmy istnieli tylko jako nasz umysł, co jest przecież nonsensem! Ludzie nie są świadomi jego zawartości, co w mocny sposób zostało ukazane w powieści. Podświadomość i te sprawy – sny, aluzje i symbole, tworzą nieustannie ruchomą fortecę naszej niewiedzy, ujawniają szczegóły pomijane, spychane, ale tworzące tak samo nas. I to bardziej niż umysł, bo składa się na tamto wszystko, wielka skrzynia emocji i uczuć. Ogólnie – odczuwania. A to przecież też taka ludzka rzecz…? Czy można teraz powiedzieć, że Obcy jest w nas?!

 

 

Júlia Hita Romaní
Júlia Hita Romaní

 

 

Więc człowiek, co ukazuje się w książce Lema, w potoku naukowych formułek cytowanych z tomów o solarystyce, wyprodukował Człowieka. Tak przez C a nie c. Bo jest to Człowiek Cywilizowany, Człowiek Rozumny, Człowiek… wytresowany do poruszania się w dyskursie racjonalnym. Wyprodukował to ten Obcy w nas, opisując, a więc posługując się intelektem/znakami, relację ja z nie-ja. Nie opisywał więc siebie, jako Ja, tylko utożsamił się z wytworzoną iluzją ja, podkreślam, że jest to słowna iluzja. Słowami operują też myśli. Lecz i słowne twory umieją przekroczyć granicę widzialności – w snach, na jawie…?

 

Ja takiego Człowieka, w zderzeniu z Innym, robi coś do czego został przyuczony – stara się go zrozumieć i nawiązać kontakt swoimi metodami, wyszukanymi mniej lub bardziej.

Te metody definiują samego Człowieka, czynią go takim Wiedzącym. Ale niestety, nie przynoszą rezultatu.

Bo jedyne, co faktycznie jest człowiekiem, to co czyni go człowiekiem, to taka ludzka rzecz, jak emocje, reakcje, zachowania, ale i świadomość Ja (to byłoby poznanie Obcego w sobie i równocześnie wyjście poza iluzję).

Melancholia panująca na stacji, ogarniająca Krisa Kelvina i czytelników, jest dowodem na ludzkość tych naukowców. Ale jest ona tu czymś wstydliwym, intymnym, dziwnym wręcz. A jeśli tylko ona umożliwia rzeczywistą relację z tym, co Nie-ja? Albo jest już reakcją? Albo ona przez proces racjonalizacji świata, stała się właśnie Nie-ja, Obcym w nas? Wypartym, zapomnianym i ukrytym w szafach, wstydliwym, bo nie jest to racjonalne i porządne i naukowe?

 

 

 

 

 

 

Ty (nie) jesteś Tym

 

 

 

 

 

 

 

 

Wszędzie granice, niepoznanie, zagubienie we własnym dyskursie, który też okazuje się Nie-ja. A gdzie to Ja… ono się gdzieś pod koniec odzywa w Solaris, jak nasz bohater radośnie w pewien sposób, wreszcie wyrusza dotknąć Oceanu, poszybować nad nim, wychodzi ze Stacji. Na chwilę i to takie radosne, dziecięce, takie prawdziwe.

 

Może właśnie granice są pozorem, iluzją, jaką człowiek dostrzega z powodu bycia człowiekiem, istnienia jako człowiek, w ciągłym kołowrocie doświadczania, słów i myśli, mierząc się z podobnymi dylematami, wpadając w dyskursy i schematy…

I poza tą świadomością, gdy z dystansem stwierdzamy o swoich ograniczeniach i możliwościach poznania z tego wynikających, a wreszcie przekroczenia ich, otwarcia umysłu na jego niewyuczony potencjał, wtedy właśnie okazuje się, że… TY jesteś TYM.

Nie było tak, że zmierzałam do tego stwierdzenia, chciałam tylko o tym napisać, o możliwości spojrzenia na Solaris z perspektywy nauk Upaniszad (Indie). Tat twam asi – ty jesteś tym.

Wychodziłoby bowiem na to, że wszystko co poznajemy to ostatecznie my sami, przekonując się o swoich granicach, dotykamy istoty bytu, a ten ruch ku granicy ją automatycznie rozmywa, umożliwia nam dopiero realne istnienie, świadome istnienie!

 

Czy Kris został na Stacji, bo wierzył, że zobaczy Harey? Myślę, że nie. Jego energia się zmieniła, albo tylko tak potrafię przeczytać tę książkę, że początkowa melancholia ustępuje miejsca świadomości siebie. Nie jest to proces jakiegoś oczyszczania, rozgrzeszania bohatera. To naturalny proces poznawczy, jak mi się wydaje. Na koniec dopiero rozpoczyna się poznanie, bo bohater ma świadomość siebie, zapętlił się w sobie, podążył za obrazem Innego, więc poznał go w bardziej intymny sposób, niż wszystkie książki solarystyczne razem wzięte to poznanie ukazują.

W ogóle to grzebanie się ludzi w Oceanie obcej planety było jak grzebanie w mózgu zbiorowym ludzkości! Jak pisałam wcześniej, w Extenzie mamy świat, w którym ludzie są świadomi tego, że mogą, i akceptują fakt istnienia mentalu jako res extensa.

 

Znalezione obrazy dla zapytania solaris ksiązka obraz planeta

 

No i jeszcze raz Solaris, ale na początku, sceny z Murzynką, która mnie zastanawiała. Jak badacz przyjeżdża do obcego kraju, na jakąś wyspę może, a tu inni badacze w popłochu, bo badania wymknęły się „spod kontroli” (racjonalnej) – tubylcy mają wszystkie pionki i przejęli dowodzenie nad rozgrywką. Chaos! Tu już od początku następuje zderzenie z Niewiedzą, z granicą. To nad czym świat się głowił w swej solarystyce, to właśnie granica rozumu i jego dyskursów, której nie umieli przekroczyć. Ale też nie chcieli. Potrzeba było lat żmudnej pracy, lat wygłaszania teorii i podważania ich i tworzenia alternatywnych – tyle lat, żeby dyskurs się wyczerpał, aby nie było już nic do dodania. Granica została wybadana, Solaris zostało nazwane. Stało się Innym, ale w granicach rozumnych. Dlatego nikogo już Solaris nie interesowało, Stacja prawie jak opuszczona, żadnych nowych, świeżych badań. W takich miejscach, jak mówił Feyerabend, tworzy się prawdziwa nauka! Odgałęzia się, musi wyjść ze swej strefy bezpieczeństwa i przekroczyć wytyczone wcześniej granice.

Bohaterom powieści się to udało. Przeszli dalej i byli sobą. Obdarcie z etykiet rozumu i dyskursów nie zniszczyło ich osoby, nie zmienili się w plazmę!

Ale łatwo nie było. Ta melancholia, wręcz apatia… Do momentu, w którym sama nie poczułam jak silne są myśli człowieka, jak produkują dosłownie rzeczywistość, rzucają nań łatki i własne stwierdzenia, do tego momentu nie pojmowałam Solaris. Fakt, że pojmowałam to wraz z bohaterami powieści, był szczególnie miły. Dlatego właśnie Solaris jest książką ważną i świetnie napisaną – podążanie za narratorem, jego zagubieniem i zapętleniem, to wszystko jest udziałem czytelnika.

 

 

 

 

 

 

Ty jesteś Tym

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tat twam asi… TY JESTEŚ TYM, a poznanie ma ci to uświadomić, odsłonić iluzję, którą jest wszelkie Nie-ja. Iluzją jest twierdzenie, że poprzez obce kategorie możemy coś poznać (właśnie jako Ja). A tylko osobistą relacją, kontaktem świadomym, zbliżamy się do prawdy. Pytanie czy i prawda nie posiada jakiejś granicy?

Istnieje podejrzenie, że świat widziany tylko z perspektywy jednej osoby, świat w pewien sposób zamknięty we własnych tworach, jest równocześnie największym kosmosem, jaki można eksplorować. W momencie jednak, kiedy rozszerzamy te granice swojej samoświadomości na całą materię mentalną ludzkości (wszak wszyscy mamy umysł) – następuje eksploracja zarówno tego co obiektywne, jak i subiektywne. Granica się zaciera i wyrastamy ponad to. Solipsyzm jawi się więc jako część iluzji, w którą wpadł np. bohater Solaris.

W Extensie Dukaja mamy natomiast poznanie, które ogarnia wszystko – od rzeczy pozarozumowych, po te materialne (je w pewien sposób zagarnia w doświadczenie ducha). Tak wygląda świat osobliwościowy zobrazowany przez Dukaja. Rozciągła jest rzecz, zajmując pewną przestrzeń, ale przestrzeń zajmuje także świadomość.

Znów nawiążę do Kartezjusza. Jego teorie na temat res extensa i res cogitas, zostały wielokrotnie podważone. Szczególnie z res extensą były kłopoty – jak wiemy oznacza znacznie więcej niż samą materię. Coś tkwiło już w zalążku tego, że żyjemy w świecie, który jesteśmy skłonni postrzegać, jako realny.

 

Znalezione obrazy dla zapytania extensa ksiązka dukaj

 

Bohaterowie Extensy urodzili się w paradygmacie realności wszystkich stanów „pozarozumowych”, irracjonalnych – jakkolwiek nie byłyby to naukowo możliwe. Żyją w świecie, który obfituje w doświadczenia znacznie „wyższego rodzaju” niż „zwykłe życie” jako człowiek (tylko człowiek). Jednak większość mieszkańców Zielonego Kraju właśnie taką egzystencję wybiera. Pozostają na swoim miejscu, jedzeni przez ewolucję, albo nawet trawieni przez nią w sposób powolny, a może nawet okrutny. Wiąże się to przecież z wszechobecną inwigilacją i władzą „dzieci” (bytów wytworzonych niejako przez człowieka przez jego rozwój technologiczny) nad „rodzicami” (ludzkością). Dzieci są oczywiście na znacznie wyższym poziomie rozwoju świadomości. Można tak powiedzieć i nie zakładać nawet moralności takich istot, bo ona nie ma znaczenia – to byty stworzone przez człowieka na drodze rozumowej, muszą być więc typowo umysłowymi tworami i wszystko zagarniać właśnie w ten świat. Wyobrażenie świadomości, jako przestrzeni rozpływającej się na nieskończone wymiary, w której kotłuje się wszystko, co wiemy i nie wiemy. Nie ma zresztą wiedzy i niewiedzy. Taki nirvaniczny stan wcale nie okazuje się wyzwoleniem.

Narrator i bohater powieści Dukaja godzi się na swój los, jest do niego nawet przymuszony. Pozostaje zawieszony w próżni mentalno-duchowej, poświęcając się dla ostatnich ludzi. Po co? Odwlekając ich niewolnictwo w nieskończoność? Czując powinność wobec rodziny? Jeszcze bardziej ludzko – z poczucia winy wobec najbliższych? W pewnym sensie z powodu wyboru drogi życiowej – drogi wiedzy.

Extensa pokazuje, jak młody człowiek trafia na swoje przeznaczenie – pasję, jak nieracjonalne i konieczne jest podążanie w jej kierunku. A zarazem pełne naturalnej potrzeby. Wielokrotnie mamy w książce do czynienia z opisami zmiany zachodzącej w człowieku (nieodwracalnie!), kiedy kształtuje się „jakimś dyskursem (wiedzą)” jego umysł. Ten rodzaj „zakażenia” wiedzą, ciekawością, jest niebezpieczna nie tylko z powodu wewnętrznej samotności na jaką skazuje człowieka, ale też ze względu na brak prawdy ostatecznej. Świat Extensy jest skazany tylko na odczuwanie, bo wszelka wiedza i teorie doprowadzają do zwątpienia, są pozbawione nawet ważności. Bo człowiek osiągnął tak „wiele”, że świat który stworzył, go przerósł. Lepiej więc żyć w spokoju i nie wchodzić w ten ostatni bastion smutnych mędrców na ziemi. I samotność będzie mniejsza i wiara w człowieka większa.

 

 

Bohater jednak rozpływa się w czymś w rodzaju Prajedni, odczuwa swoje Ja, ale ciągle je podważa, jak i wszystko co wiedział i myślał. Słowa stają się ostatnim bastionem jego człowieczeństwa, bo to w nich usiłuje opisać swoje położenie. Jedynym ratunkiem jest jednak z tej samotni kontakt z żyjącymi, kontakt z ludźmi w ogóle. Dialog, zawiązanie nici (nie ma więc w książce żadnej nirvany, bo nie następuje uwolnienie), emocjonalne ustąpienie czynnikom „wyższym” (mniej ludzkim równocześnie).

 

Ten smutny wymiar niepełnej „śmierci” jest więc nierozerwalny ze słowami i istotą człowieczeństwa – umysłem i emocjonalnością. Bohater Extensy pozostaje ludzki i nie staje się pełną częścią kosmicznej świadomości. Wciąż kotłuje się w nim „ja” i potrzeba kontaktu, gdy „pływa” w tym mentalnym oceanie. Jest to być może też potrzeba tworzenia, nieustawania w wysiłku poznawania, tym razem jednak na bardziej świadomych zasadach indywiduum, a nie obcych kategoriach i dyskursach, które stworzyły świat mechaniczny, racjonalny, pozbawiony wewnątrz „czucia”.

 

Podobny obraz

 

W Solaris Ocean dał pracownikom Stacji to, czego chcieli – kontaktu, porozumienia z Obcym. Lecz z uwagi na nieumiejętność wykroczenia poza iluzję swojego dyskursu (Nie-ja), nie wiedzieli, że porozumienie odbywa się za pośrednictwem Obcego w sobie (czyli prawdziwego, ludzkiego i wypartego Ja), a nie poprzez teorie, koncepty i możliwości, które dawał umysł i dyskurs racjonalny. Przez indywidualną relację, samodzielne otwarcie się na to, co inne ode mnie bez narzucania niczego i tworzenia kolejnych sztucznych konceptów.

 

I jeszcze jeden przypadek, który połączy na chwilę Extensę z Solaris – zmarli, którzy powracają. Odwracając sytuację możemy przyjąć, że to realnie istniejący człowiek siłą swoich myśli „przywołuje” zmarłych (albo w ogóle jakieś byty, zdarzenia itp.), ponieważ jego pamięć i podświadome afekty działają z typową dla człowieka zachłannością na poznanie i kontakt, jakikolwiek on by nie był. W Solaris Harey wytworzyła Ocean, ale zrobiła to z powodu dostępu do wnętrza i pamięci Kalvina. Zaś w Extensie mamy rodzinne uczucia i świadomość, że śmierć nie jest końcem, zatem musi być możliwy taki kontakt. Staje się on nawet naturalny dla dorosłych członków społeczności. Kosmiczna świadomość odbija więc wszystko i kształtuje w sobie niczym (okrutny?) Stwórca, nasze życia.

 

Kontakt, dialog, słowa są tym powrotem do Ja naturalnego, czystego – także Ja drugiego człowieka. To indywidualne Ja związuje nas ze światem (jako realnym), musimy mieć zatem jakąś materialną manifestację tego, czyli słowa – nie tyle mentalną przestrzeń, gęstą i dynamiczną – słowa świadome i czujące.

 

 

 

 

 

Relacja Ja-NieJa w książkach „Solaris” (Lem) i „Extensa” (Dukaj)

Dodaj komentarz

Close Menu