Podziemia Kreacji 4: Koniec końców to Początek

Tym razem zajrzymy w łono Początku i Końca, odkrywając ostatnie „zimowe” podziemne struktury, wyłaniające się z podążania za korzeniami kreatywności ludzkiej.

Najpierw ukażę wam doświadczalność przeciwieństw, które harmonię tworzą poprzez świadomość punktu zero/nicości – punktu wyjścia i wejścia, początku i końca – przestrzeni „pomiędzy”, a tak naprawdę tego najprostszego TU I TERAZ.

Zapraszam do podróży w ostatnim odcinku Podziemi Kreacji!

 

 

 

 

 

 

 

Niełatwo w chaosie usłyszeć ciszę

 

 

Podziemia Kreacji zmierzają ku końcowi, tymczasowemu rzecz jasna, ale jednak końcowi. Koniec końców to jednak początek – innych wglądów, innego rodzaju kreacji. Stąd duża potrzeba, aby wisienką na torcie Podziemnych Kreacji, było przyjrzenie się kreatywności, tworzeniu, pod kątem przeciwieństw – dualizmów – w świecie, w artyście, naturze i cyklach mentalnych czy cielesnych. Już spieszę z wyjaśnieniem!

Za naturą wychodzimy z ukrycia, z podziemnych tuneli, gdzie badaliśmy świadomość i umysł, gdzie oddawaliśmy się artystycznym szałom i samotnym medytacjom. Na ile jesteśmy świadomi tych momentów przejścia? Gotowi, by świadomie dać krok naprzód i zostawić za sobą odkryte, niesprzyjające elementy swojej rzeczywistości, cienie i mroki, a w woreczek zapakować ogrom wiedzy i twórczych inspiracji?

Będzie to wgląd w kreację świadomą tego, że ponad: tak i nie, śmiercią i narodzinami, końcem i początkiem – jest wyśniony (może trochę idealistyczny) stan zero, jest to święte „i”, w której zachodzi ta faktyczna kreacja. Bowiem… czy tworzenie zadziewa się w ścisku i nagromadzeniu czy może przestrzeni znalezionej gdzieś pośród rozmaitych bodźców? Myślę, że to pytanie retoryczne! Bo nawet w świecie dekadencji, pośród kawiarnianego zgiełku, owi dekadenccy twórcy mieli pewną umiejętność bardzo szerokiego myślenia i stawania twardo za prowadzeniem swojej pasji – przestrzeń znaleźli wszędzie. A może – tworzyli ją sobą?

 

 

 

 

Podążając za korzeniami ludzkiej kreatywności, w podziemiach tego, co można nazwać „twórczym myśleniem”, artystycznym umysłem, procesem kreacji… wśród korzeni tegoż, odnalazłam też trudne do przyjęcia dualizmy, a nawet pewien paradoks rzeczywistości. W której to, co oznacza tak, gdzieś indziej oznacza nie. Narodziny koniec, a śmierć początek… W której zawsze, niezależnie czy to trwa rok czy dwa, docieramy do punktu wyjścia/dojścia. I w tym cyklu, często okrutnym (gdy go nie zauważamy), tkwi pewien porządek. To w zasadzie porządek w chaosie ciągłych zmian i dynamizmu istnienia. Także istnienia w słowie i w sztuce. Także tu, kiedy przyjrzymy się historii, zataczane są wielkie kręgi. Idee wracają, filozofie się odnawiają, moda wraca, coś się aktualizuje. Ów cykl narodzin i śmierci dla kreatywności bywa przerażający. Dotyczy sfery emocji i ciała, dotyczy czegoś bardzo namacalnego, czego doświadczamy bardzo często na co dzień – w cieniu, w abstrakcji, w dozie dysharmonii, w ulotności.

 

Dobrym przykładem w tym miejscu jest po prostu tzw. kryzys twórczy, brak weny. Wielu autorów wtedy zaczyna pisać/tworzyć COŚ O swoim rodzaju sztuki. Czyli pisanie o pisaniu, pisanie o pisarzach; rozmyślanie zamiast malowania, fruwanie w obłokach, zamiast te obłoki sprowadzić na ziemię – i namalować. Te tak zwane kryzysy wcale jednak kryzysami nie są, są pewnym cieniem, nieodłącznym od „rzeczywistości, w której tworzymy”. To naturalne, że ten cień widzimy, a nawet piękne, że chcemy go wysłuchać – z różnym skutkiem! dlatego…

Dlatego to, do czego zachęcam na Alsłowii i przede wszystkim – w ramach Filozofii Kreacji – to umiejętność stanięcia trochę obok, spojrzenia z dystansu na owe schematy i znalezienie w nich… inspiracji. Kiedy już sobie powiemy, że dostrzegamy ów powszechny dualizm, że czasem jest trudno, a bywa i lekko… to już jesteśmy w stanie zdystansować się do tego mentalnie. Dostrzec to, jako naturalny przepływ procesów twórczych. Wtedy nie popadamy np. w skrajne emocje, kiedy cykl się znów nawarstwi. Jesteśmy świadomi, jesteśmy obserwatorami. Z każdego cyklu wychodzimy z innym darem (podobnie, jak mogą to robić kobiety podczas menstruacji).

Artyści generalnie, jak to obserwuję, w tych procesach i ich świadomi równocześnie. Smakują cukier i są cukrem. Nie muszą dystansować się – są w sztuce, są w przepływie kreacji. Wiedzą o abstrakcji, wiedzą o stanie zero – doświadczają tego wszystkiego (i jeszcze więcej), podczas procesu tworzenia i snucia wizji.

Dlaczego więc miałaby ich interesować pogłębiona refleksja nad tym aspektem kreatywności? Ano, jest to rozwój. Rozwój – w tym wypadku – siebie, jako twórca, który widzi dualizmy i potrafi się nimi inspirować oraz zaprzęgać śmiało do swej kreacji.

Mentalnie zawsze można pójść krok dalej, poszerzyć swój umysł, wyobraźnię, zajrzeć głębiej, spojrzeć szerzej. Tym jest wielka umiejętność hermetycznego umysłu, który też jest przesiąknięty artystyczną wyobraźnią i stwórczością. Hermetycznego, czyli w skrócie i dla przypomnienia, podążającego ścieżką mądrości, intuicyjnej, kreacyjnej, alchemicznej (transformującej) mądrości. Jest doświadczaniem tej mądrości.

 

 

 

 

 

Dwojakość, dualizm, światła i cienie

 

 

 

W naturze obserwujemy dualizmy, jako zmieniające się stany i zjawiska przyrodnicze. Dwie przeciwstawne siły, zasady. Mamy pełnię i mamy nów (księżyca), wschód i zachód (słońca). Jest śmierć i są narodziny – nieustannie. Rozkwit i więdnięcie. Ciepło i zimno, światło i mrok. Obserwując naturę, oprócz nadanych tym zjawiskom człowieczych nazw, jedyne co dostrzegamy to FIZYCZNA zmianę. Jest ona symptomem tego podwójnego stanu rzeczy.

Nazwy zostały nadane i teraz mogę się nimi posługiwać, aby zobrazować cały temat. Lecz pamięć o tym, że odczuwanie i dostrzeganie dualizmów, zaczyna się w materii, jest bardzo ważne. Rzutuje to potem na naszą umiejętność pogodzenia się z tym i znalezienia swojej drogi w przeciwieństwach. A nawet sposobność do harmonizacji. Tutaj tylko zaznaczę, że harmonia jest dla mnie, za Heraklitem z Efezu, harmonią przeciwieństw. Gdyż, jak ów grecki filozof twierdził: inna harmonia jest szaleństwem. I tak właśnie, przeciwieństwa się równoważą – jak na wadze. Proste i logiczne, a także po raz kolejny – zwracające nas w stronę fizyczności, realności.

 

Czy mógłby istnieć świat tylko na „jednym biegunie”, czy rzeczywistość materialna mogłaby istnieć tylko w jednym „stanie”?

Stąd wypływa wniosek o doświadczalności dualizmów. I kiedy nadchodzi niemoc twórcza, jesteśmy w stanie niemocy twórczej. Doświadczamy tego, że np. brak nam inspiracji lub przestrzeni. Nie jest to tylko słowo, opozycja do np. weny. To stan. Tak jak przejście pory roku, np. zima-wiosna, może zostać zauważone, albo nie, tak też moment odwrócenia sytuacji, zmiany stanu, dostrzeżenia cienia – też bywa lub nie bywa dostrzegany. Im bardziej nie widzimy go, tym silniej on „wybije” przy innych okazjach, bardzo często poprzez kumulację emocji lub fizyczny ból czy nadmiar energii ekscytacji i rozproszenia. Potem nagły przeskok „w stan” – uświadomienie sobie rzeczywistego stanu każdej cząstki siebie, aż onieśmiela, spycha nas natychmiastowo w głębiny swojej istoty.

Mnie zawsze fascynowało balansowanie i śmiem twierdzić, że wielu artystów też to zrozumie. Wielu twórczych i wrażliwych osób. Dlatego, że balansowanie, czyli poruszanie się po tych mniej oczywistych przejściach i zajściach w rzeczywistości, jest często tworzywem twórczym. Jest inspiracją. Kiedy zanurzymy się w owe dualizmy, nie jako dwie strony monety, ale jako całość, albo dostrzeżemy brzegi tej monety, zyskujemy znacznie więcej inspiracji. I być może pewną dozę kontroli nad tym aspektem życia. Oczywiście brak kontroli przesunie się w inne rejony, bo to też jest potrzebne w kreacji!

Mamy zatem dualizmy, które są namacalne, nie tylko słowne. Łączą się i rozdzielają, tańczą ze sobą, przyciągają, równoważą lub skazują na skrajności. Dwojakość rzeczywistości i różne stany procesu twórczego, możemy wreszcie sami kreować. Własnymi narzędziami sztuki czy literatury, a w codziennym życiu – przechodzić poprzez dualizm zauważaniem codziennych abstrakcji, przebijających stabilność emocji, czy zmieniającego się ciała. Dać sobie wolność, dać sobie inne możliwości, zadawać pytania, podważać – jak to mamy w koanach (o nich więcej było w Podziemiach Kreacji 2).

Te światła i cienie naszego życia składają się na jego ulotne piękno. Natomiast >widzenie< tych przeciwieństw, umożliwia harmonizację ich w sobie i szersze spojrzenie, głęboki wgląd w naturę rzeczywistości. Uzyskana tak przestrzeń sprzyja z kolei prawdziwej stwórczej mocy. To także piękna forma akceptacji, która otwiera nowe wrota w naszych umysłach.

 

 

 

Znalezione obrazy dla zapytania pustka śunja

LUSTRO
Różowe chmury
przykryły niebo
klucz do drzwi
creatio
opuść labirynt
zapętleń
Droga pomiędzy
falami ciał
wirujących na wietrze
inicio

 

 

 

 

 

Stan ZERO

 

 

 

Jak wiemy z fizyki, czy raczej kosmologii, istnieje materia i antymateria. Atomy dzielą się na kwanty, kwarki i jeszcze mniejsze, ruchliwe cząsteczki. Wszystko ma swoją odwrotność, rozszerzenie czy pomniejszenie. Mikrokosmos i makrokosmos. Hinduski atman i brahman. U podstaw istnienia leży więc coś czy raczej nic, to święte „i”, punkt zero, pulsująca nicością… nicość…

Znacie takie przysłowie, że wszystko to znaczy nic? Otóż to. Gdy zbierzemy przeciwieństwa i je złączymy to znów (akceptacją, dystansem, absurdem, fantazją…) – mamy stan jedności. Coś się w tym polu zawsze stapia, kasuje, topi, transformuje, by ostateczny wgląd zawsze (pomimo powracających cykli) był powiewem świeżości.

Nie muszę tu opisywać wschodnich koncepcji, aby przybliżyć ten temat. Większość hinduskich religii, w tym buddyzm, który swój pełen nicości rozkwit przeżył w Japonii (zen), opiera się na pojęciu jedności i dwóch niby oddzielnych, a jednak tworzących całość zasad. Tym razem odwołam się bowiem – dla odmiany i przyjemnej mentalnej gimnastyki – do greckich filozofów, na których poglądach utkany został praktycznie cały europejski światopogląd.

Co ciekawe, pierwszy opis „zero” dał Empedokles, ale opisywał to poprzez stan emocjonalny (a dokładniej samotność, kojarzycie, że w Podziemiach Kreacji 2 było właśnie o samotności?). Później Demokryt zaczął używać słów: nic, nicość, nieskończoność, zasada – chodziło o próżnię oraz piąty element, eter. W tradycji alchemicznej (czyli z naszego kręgu kulturowego) występuje 5 elementów/żywiołów, tak jak w Indiach czy Chinach. Niektóre kultury posługują się czterema, z wyłączeniem eteru. Symbioza jednakże, albo >człowiek< obcujący, odczytujący owe elementy, skonstruowany z nich – jest właśnie piątym elementem. Jest stworzony na bazie tamtych, tworząc nową jakość, i… nicościując tamte, ponieważ przekształca je w sobie.

nicosc swiat antyswiat
M.Burzyńska Medytacja punktu zero 

Powróćmy do Demokryta. Podstawowe zasady były dla niego pełnią i próżnią, przy czym nicość była materialna. Tymczasem Arystoteles określał próżnię, jako możliwą tylko do pomyślenia. Innymi słowy, jest nieistniejąca (materialnie). Dla filozofa niebyt jest w ciągłym spoczynku i nie przysługują mu żadne cechy bytu, jest jego całkowitym przeciwieństwem. Z racji swej nieruchomości ponadto, niebyt jest substancją potencjalną. To bardzo ważne i przełomowe w tej myśli – gdy jestem zdrowa to wciąż mam w sobie potencjał choroby (niebytu zdrowia). Sugeruje to też właśnie ten dynamizm w przejściach stanów, o którym pisałam na początku. Nie podążam jednak w swoich rozważaniach za myślami Arystotelesa w sposób ścisły, ponieważ uważam niebyt, pustkę i zero, za istniejącą i doświadczalną (też materialnie). A to dlatego, że coś przeciwstawne wciąż może istnieć (jako przeciwieństwo właśnie), co nie zmienia faktu, że w każdym ciele niebieskim i innym istnieje potencjalna własność niebytu (do stania się, manifestacji, przekształcenia).

Filozofowie średniowiecza, zakotwiczeni w myśli teologicznej, uznawali niebyt za coś, z czego Bóg stworzył świat. Później mówiono także, że np. brak dobra oznacza zło. Czyli pewien brak, nicość (czegoś), oznacza istnienie przeciwstawnej temu rzeczy, ale bez przypisywania temu bytu ontologicznego. Inaczej uczynił w nowożytności Hegel, którego myśl zdominowała sposób funkcjonowania kultury, czy też świadomości kultury i natury ludzkiej.

To bardzo ciekawe, można to bowiem przenieść na kreację, czyli stwarzanie czegoś (z niebytu prawda?). A zatem, stwarzając jakąś sztukę przenosimy ją z niebytu (braku formy) w istnienie konkretne, rzeczywiste. Wychodzi ona tym samym poza siebie, swoją pierwotną istotę, przekształca się, często bardzo się zmienia i potem zmienia się jeszcze bardziej w relacjach z odbiorcami. Staje się dla swej pierwotnej istoty czymś oddzielnym, staje się „nic”. I tak też Hegel (w dużym skrócie) objaśnia to, że „nic” posiada swoją aktywność i specyfikę, że jest w sumie efektem wszelkiego działania i rozwoju. Jest… ciągłym poszerzaniem granic.

Otóż sama świadomość np. indywiduum, kiedy wychodzi poza siebie, realizuje się dzięki temu aktowi wyjścia, przejścia przez granice swojego ja (znanego) ku swemu ja, które dopiero się tworzy. Dla przykładu, podejmując decyzję o nauce tańca, wykraczam poza swój byt, który nie potrafi tańczyć i poznaje dzięki tej myśli swoją istotę nieumiejącą tańczyć dopiero, poprzez wyjście z niej ku swojemu „nic”. I tak w kółko.

 

Działanie to stawanie się świadomością. Działanie i rozwój, poszerzanie siebie – to wykraczanie z bytu w niebyt, to łączenie i taniec z przeciwieństwami, to realizacja rozmaitych potencjałów, poprzez akt kreacji – akt nicowania i akt stwarzania.

Dla Hegla jeszcze „nic” jest też istotą w pewien sposób boską, jest tą abstrakcją myślową, jaką podejmują np. mnisi buddyjscy medytując w jaskiniach, jest przyrodą w swoim czystym stanie (bezruchu, który wprawdzie jest niemożliwy, ale w świecie myśli łatwy do uchwycenia = nic jest, jest istotą). Filozofowie opisywali także „nic”, jako „zero”, które jest graniczne dla innych rzeczywistości. Czyli to, co nazwałam świętym „i”. Czymś, co spaja, co rozgranicza równocześnie.

Interesującym głosem będzie tu polski filozof Abramowski, uważający, że nicość znajduje się w teraźniejszości, jako coś co rozgranicza przeszłość i przyszłość. Teraz jest miejscem styku wszystkiego, jest więc punktem zero. I to właśnie wykorzystują na wschodzie. Z tego miejsca zero, miejsca teraz, myślowego i duchowego wglądu w swoją istotę tu i teraz, doświadczają nicości w sobie. Stąd też filozofia hinduska rozpoczyna swoje filozofowanie 🙂

Jest to po prostu czysta medytacja – oddanie się niebytowi. Funkcjonuje to również na poziomie ciała, ponieważ tak rozumiana medytacja jest nieruchoma i zakłada rozluźnienie wszystkich mięśni w ciele, zwolnienie i synchronizację oddechu – co wpływa na funkcjonowanie całego organizmu, wprowadzając go w stan medytacyjny, zerując niejako wszelkie impulsy z układu nerwowego i zatrzymując chaotyczną – i nie tylko – pracę umysłu.

 

Czemu warto mieć świadomość takiej możliwości? Możliwości zatrzymania się mentalnie w punkcie zero, by stąd, z dystansem uchwycić płynącą wszystkość, uchwycić ciągły dynamizm, dualizm, czerpać inspirację zarówno z cieni, jak i blasków rzeczywistości…?

Dlatego, że tak sprawnie utwierdzający się w swojej istocie umysł (w tym podstawowym zero), pozwala na synchronizację, na przecięcie granic, na przebicie się przez twory i stwory, które pochłaniają człowieka. Szczególnie współcześnie, kiedy zewsząd zalewają nas projekcje kultury, polityki, ale też dynamiczne zmiany w przyrodzie czy kosmosie. Nie pomijając – rozwoju nauki. Ciekawym głosem jeszcze w temacie stanu ZERO, jest „Książka o Niczym”, w której kosmolog John D. Barrow opisuje najważniejsze koncepcje dotyczące „niczego” w kulturze i fizyce, odwołując się do mechaniki kwantowej, dawnych tekstów filozoficznych i odkryć w temacie próżni.

 

Znalezione obrazy dla zapytania próżnia art
Paweł Kałużyński „Stałość widzenia” z cyklu „Próżnia”, 2007 r.

 

 

 

 

Neti-neti, czyli nie to-nie to!

 

 

Wydawać by się mogło, że wniosek z tego wglądu w Podziemia Kreacji, to – zanurzenie się w nicości i medytowanie nad punktem zero. Ależ nie! Nie to-nie to! To było teoretyczne wprowadzenie, po wcześniejszym zauważeniu, jak dualizmy materializują się nieustannie na naszych oczach. Że stan zero jest niejako obecny w nich (w ich połączeniu), jak i poza nimi. Jest świadomością. Jest kreatywną zasadą, spajającą i rozdzielającą rzeczy przy pomocy wyobraźni, w dowolny dla twojej sztuki sposób.

Niech tu za przykład służy słowo tworzące w realizmie magicznym. Ukuty na gruncie onirycznej rzeczywistości Ameryki Południowej i Środkowej, w której literaci odnajdowali swoje miejsce, jako potomkowie kolonistów. Cortazar, Marquez, Carpentier, Borges i wielu wielu innych – potem także w Chinach (Mo Yan) czy Indiach (Rushdie). Ten niezwykły nurt literacki łączy ze sobą w opisie świat zewnętrzny i wewnętrzny, obrazując płynną, senną rzeczywistość, w której wszystko ma swój cień, odzwierciedlenie i nie zawsze wiadomo, co jest realne, a co nie. Fantastyczne motywy służą do sprawdzenia, rzucenia wyzwania dla treści i odbiorcy, nie zaś za podstawę snucia historii.

 

Pewnej nocy, kiedy Rebeka wyleczyła się już z nałogu łykania ziemi i sypiała w pokoju razem z innymi
dziećmi, Indianka śpiąca z nimi obudziła się nagle słysząc dziwny urywany odgłos dochodzący z kąta.
Zerwała się z przerażeniem, myśląc, że to jakieś zwierzę dostało się do pokoju, i zobaczyła Rebekę huśtającą
się na swoim krzesełku i ssącą palec, z oczyma fosforyzującymi jak oczy kota w ciemnościach. Sparaliżowana grozą i wspomnieniem własnego losu Visitación rozpoznała w tych oczach objawy choroby, której groźba zmusiła ją i jej brata do opuszczenia na zawsze tysiącletniego królestwa, gdzie sami byli książętami. Była to plaga bezsenności. Indianin Cataure uciekł z domu jeszcze tej samej nocy. Jego siostra została z fatalistycznym przekonaniem, że ta zabójcza choroba tak czy inaczej będzie ją ścigać wszędzie, aż po krańce ziemi. Nikt nie pojmował grozy Visitación. „Jeżeli nie będziemy spać, tym lepiej – mówił wesoło Jose Arcadio Buendia. – Tym więcej będziemy korzystali z życia”. Ale Indianka wytłumaczyła im, że najstraszniejsze w tej chorobie jest nie to, że nie można zasnąć, bo ciało nie odczuwa zmęczenia, lecz nieodwracalny postęp innego, gorszego symptomu – utraty pamięci. Tłumaczyła, że kiedy chory przyzwyczaja się do stanu bezsenności, zaczynają zacierać się w jego umyśle wspomnienia dzieciństwa, potem nazwy i pojęcia przedmiotów, a w końcu tożsamość osób, a nawet świadomość własnego istnienia, aż do pewnego rodzaju obłędu i negacji przeszłości. [Marquez „Sto lat samotności”]

 

 

Tego typu obrazy literackie pomagają poczuć dwojakość i nawet trojakość świata. Równocześnie dają wgląd w samą kreację, będącą aktem nieustannego stwarzania właśnie z tego miejsca – łącząc i odwracając, dodając i odejmując, przedstawiając fakty i sny – akt tworzenia umiejscowiony w stanie zero, pozwala zgrabniej i efektywniej wyrażać się. Kiedy kończymy coś kreować, wychodzimy do świata z tym, co stworzone – a tam dzieło może rozszerzać się na rozmaite odnogi. Sam akt stwarzania CZEGOŚ, co przekracza istność, co staje się swoją własną realizacją (i w pewien sposób nawet opozycją wobec pierwotnej idei), jest właśnie scalaniem przeciwieństw.

 

 

Cortazar „Gra w klasy” (28)

 

Dzieło twórcze, przechodzi rozmaite zmiany, nieustannie dotykając (i będąc) unikatowym „stanem zero”, poprzez który obserwujemy świat, siebie. A nawet – że dzieło jest lustrem dla naszej wewnętrznej, podstawowej jedności, tej jedności, w której wszystkość się roztapia, pozostawiając przestrzeń na głęboki oddech. Oddech relaksu i odprężenia – w spokojnej pustce nicości, tętniącej paradoksalnie życiem – i tak w kółko…!

 

Koniec końców – to początek. Dla dzieła, dla kreacji. Każdy koniec tworzenia jest wyjściem, zmianą. Każdy początek tworzenia jest końcem snucia tylko wizji. Materia, byt pozwalają nam dynamicznie stwarzać, przechodzić z bytu w niebyt i tak w nieskończonym tańcu. Tak, jak przyroda zmienia swoje stany, jak pory roku, tak wnętrze artysty nieustannie porusza się na granicy „zero”. Wchłania w siebie i wytwarza. Kreuje i śni. Obserwuje i pamięta. Przepada w kreacji i budzi się poprzez dłonie.

 

Paweł Kałużyński, z cyklu „Próżnia”, 2007 r.

 

 

 

 

 

______________________________________________________________

Poznaj Podziemia Kreacji: cały cykl składa się z czterech tekstów

 Polecam tekst filozoficzny, w którym znajdziecie znacznie więcej o koncepcjach filozofów na temat pustki 🙂 Artykuł filozoficzny | Książka o Niczym | 
Podziemia Kreacji 4: Koniec końców to Początek

Ten post ma jeden komentarz

Dodaj komentarz

Close Menu