Literacka Ekonomia oraz dlaczego ma szklane oczy

W niniejszym tekście pragnę przedstawić refleksje na temat literackiej ekonomii i generalnie świata pieniędzy w literaturze. Wspomnę też o „szklanych oczach”, jakie to we mnie wywołuje oraz o literatach, pisarzach i autorach, których zawód i pasja są niestety dziś trochę poplątane – i nie chodzi tylko o nazewnictwo, ale też naprawdę wykonywaną pracę – tudzież sztukę. W tej części skupię się na historii, podążając tropami spisanymi przez Parandowskiego w Alchemii Słowa.

Czeka Cię przeprawa przez trzy tematy Literackiej Ekonomii: 1. Służba i mecenat; 2. Tropem prawa autorskiego; 3. Mentalny schemat literatów.

 

 

 

 

Podobny obraz
Dionizje, Poussin

 

Literacka Ekonomia:

służba i mecenat

 

 

Jan Parandowski w książce-kompendium fachu pisarskiego „Alchemia Słowa”, pisze tak:

 

„Ekonomiczna historia literatury dotychczas nie istnieje. Gdy zostanie kiedyś napisana, znajdą się w niej szczegóły dotyczące bytu materialnego pisarzy, zysków, jakie im przynosiła ich praca, sposobu, w jaki społeczeństwo w różnych epokach uświadamiało sobie albo przeoczało swoje obowiązki wobec twórców. […] Na kartach tej ekonomicznej historii literatury znajdą się obliczenia nagród, które tragicy i komediopisarze zdobywali na konkursach dionizyjskich, albo zaszczytnych dotacji jak ta, którą od rządu ateńskiego otrzymał Herodot […].[…] dorabiała się chleba, układając teksty na uroczystości państwowe, epitalamia i epitafia dla wielkich panów, sekretarzując mężom stanu, wynajdując wszelkie inne sposoby, znane odtąd ich kolegom do najpóźniejszych czasów.” s. 35-36

 

Jak widać na załączonym obrazku starożytności literackiej, twórcy słowni różnych się imali sposobów na zarobek. Przede wszystkim dotyczył on konkursów czy dotacji, szczodrze przyznawanym wielkim artystom, otwarcie prezentującym swoje talenty. Bowiem w dionizyjskiej rozpuście, rozpuścić się umieli i z radością otwierać usta, by poprzez nie wygłaszać pięknym słowem rozmaite tematy. Inną możliwością, dla bardziej zrozpaczonych, ale i zapewne ciut mniej odważnych lub utalentowanych, był zarobek w formie służby literackiej.

To właśnie ich można nazwać literatami, osobami parającymi się piórem na usługi. Obecnie tego typu usługi znamy pod nazwą copywritter, a jaki los copywritterów – i jak różny – to możecie dowiedzieć się szperając w sieci. Copywritterką nie jestem, choć trochę poznałam się na tym fachu. Mogę jednak nazwać się literatką, gdyż od wielu lat pisuję różne formy słowne, takie jak recenzje, eseje, relacje, artykuły specjalistyczne – również artykuły z wątkiem reklamowym, lecz wciąż nie nazwałabym się copywritterką. Dlaczego? Otóż zostałam poproszona o pisanie ich z perspektywy sztuki pisarskiej, a nie marketingowej. Mogę być w nich na służbie słowom! Takich pracodawców jednak ze świecą szukać. Copywritterzy zarabiają często bardzo marne pieniądze i zapewne niejeden ateńczyk lepiej zarobił na epitafium, niż przeciętny literat z dwadzieścia tekstów SEO na ileś stron internetowych. Jednak wiadomo, że są i tacy, którzy potrafią się dobrze wycenić.

Wróćmy więc do owej literackiej ekonomii. Nie zawsze liczy się talent czy pasja, ale odpowiednia realizacja „tematu” i czasem charyzma autora – i tu zarówno pisarz, jak i literat, stoją na równi. Przykład? Parandowski przychodzi z pomocą:

 

„Sofoklesowi budowano kaplice, skoro się spostrzeżono, że jego poezja ma w sobie coś boskiego, ale nikt się nie troszczył o jego dostatek i on sam tego nie oczekiwał od współobywateli. Nawet gdy za Ptolemeuszów lub za cesarstwa widać próby opieki nad literaturą, są to albo doraźne objawy łaski monarszej, albo stałe pensje, lecz usprawiedliwione jakąś inną „użyteczną” służbą, na przykład dyrektora biblioteki lub profesora wymowy.[…]”

 

Użyteczność do dziś otacza nasz system mentalny. Nietrudno wpaść w pułapkę – a twórcom się to szczególnie może zdarzać – by stracić zapał i wiarę w swoją kreację, na rzecz pogoni za pieniądzem lub udowodnieniem swej użyteczności w inny sposób (ten inny to właśnie może być pisanie na zlecenie). Wiele trzeba mieć zapału, odwagi i też masochizmu, aby podążać za swoją pasją na przekór temu wszystkiemu, łamiąc mentalne schematy. Obecnie wiemy już, szczególnie w tym pędzie duchowości i rozwoju osobowego, że tylko słuchanie intuicji i robienie tego, w czym jest się najlepszym, da nam najlepszy status. I nie chodzi tylko o pieniądze, ale i (nade wszystko!) samopoczucie, zdrowie, spokój wewnętrzny oraz oczywiście realizację najgłębszego potencjału, co już przecież jest tak nasycające, że nawet płynące z tego/lub czegoś zarobki, będą zaledwie wisienką na torcie.

 

Lecz trudno się rozkoszować w kreatywnym stanie i przepływie, bo z wiekiem on po prostu wydaje się trudniejszy. Z wiekiem odkrywamy, jak ociężały jest ten kurz na literackiej i pisarskiej pracy. Jak obrzydliwy on jest, jak karykaturalnie zrośnięty z osobą twórcy. Z każdym rokiem, potem miesiącem, potem dniem zaczyna przeciążać, ogłupiać, tłamsić najgorętsze kreatywne zrywy. Robi się trudniej. Im prędzej wyłapiemy (jako twórcy) ten schemat, tym lepiej dla nas. Bo wiesz – on jest naprawdę okrutny. To tak, jakby udało Ci się zdobyć upragniony zawód (dajmy na to – designera), ale w miejscu, gdzie żyjesz nikt go nie ceni i nie pojmuje, więc musisz albo pogodzić się z brakiem rozkwitu, albo zmienić otoczenie… na inne… lub ZMIENIĆ je naprawdę.

 

I to chcę trochę zrobić tym tekstem. Trochę włożyć kij w mrowisko. Bo duszno tu jak diabli. Bo ćmy miałam przez to w brzuchu. Ekonomia literacka niby nie istnieje i nikt jej nie bada, a jednak istnieje, chociaż wydaje się trochę tandetna, mało poważna, niczym zabawy w piaskownicy. Bo czy nie jest tak, że artystyczny nieład i twórczy chaos faktycznie za nic mają materię? Że bywa trudno spojrzeć na te finanse i ocenić rzeczywiste przychody, rozczulić się nad swoimi potrzebami?

Prawdą jest to, co Parandowski wypisał w Alchemii Słowa, że pisarzowi niewiele jest potrzeba do życia i tworzenia. Nie zmienia to faktu, że pisarzy jest tak wielu, jak słów, a każdy odmienny po stokroć. I ta odmienność rysuje rozmaite koleje losu, charakteru, potrzeb i pragnień oraz zainteresowań i pasji, które zaś rosną jeszcze w zależności od miejsca życia i dostatku społeczeństwa.

 

Społeczeństwo bardzo się trudno oswaja z myślą, że literatura zasługuje na opiekę. Entuzjazm, z jakim są przyjmowane dzieła, uwielbienie, jakie otacza pewnych autorów, niewiele tu pomaga.[…]

 

Nie da się zatem w sposób jednoznaczny ocenić literackiej ekonomii, ale też nie o ocenę tu chodzi. Chodzi o zarysowanie tego, czym ona nie jest. Bo, że jakotaka istnieje – to już widać.

Nie jest ona wymierna, jest tak różna, jak sami pisarze. Chociaż dzisiaj jest już znacznie lepiej, dochodzono do tego stopniowo – jednych wywyższając na piedestały, innych spychając do roli marionetki artystycznej. Dzięki rozwojowi mecenatu, pomiędzy twórcami, a odbiorcami ich sztuki (ale też pewną kontrolą nad teściami), artyści mogli odetchnąć. Mecenasi równie pomocni i hojni, bywali próżni i egocentryczni. Podobnie zresztą czynili królowie i wszyscy ludzie u władzy, licząc na głośne wychwalanie siebie i uwiecznianie w każdym utworze poety czy pisarza. Niejeden „biegł za szelągiem tam, dokąd Horacy nie ruszył nawet za sakiewką złota”.

Sama literatura jednak, co zauważa Parandowski, wiele zawdzięcza mecenasom:

 

„Nie da się zaprzeczyć, że w tych opłakanych warunkach, w jakich żyli pisarze wszystkich czasów, nie mający własnych dochodów, literatura wiele zawdzięcza mecenasom. […] Humanizm – to złote czasy mecenatu. Wielcy panowie raczej ubiegali się o pisarzy, niż pisarze o ich łaski. Petrarka bronił się przed mecenasami nie chcąc uszczuplać swej niezależności. Lecz beneficja sypały się rzęsiście […] Poggio Barcciollini, który z pięciu liardami w kieszeni wyszedł na ulice Florencji szukać szczęścia, po życiu burzliwym i pracowitym mógł wypoczywać we własnej willi z ogrodem i jeśli miał tak mało, to dlatego, że był cyganem z usposobienia i sielankowo skromnym […]”

 

Śmiem twierdzić, co już  na początku zaznaczyłam, że pisarz z natury jest usposobiony skromnie i niewymagająco do życia. Równie często w dawnych czasach potrafił jednak zabiegać o bogactwo, nakładając haracze na książęta czy wywyższając naród lub kraj, by być zwalnianym z podatków. Nie będę wymieniać wszystkich osobistości, którym dostało się tytułów i honorariów za swoją pracę (w służbie państwu czy królom) – można o tym doczytać w książce Parandowskiego.

 

Fichier:Louis XIV et Molière déjeunant à Versailles.jpg
Molier goszczący u Ludwika XIV

 

Literacka Ekonomia:

tropem prawa autorskiego

 

 

To, co wysuwa się na pierwszy plan, zaraz po obrazie relacji twórców z fundującymi ich egzystencję królami czy mecenasami, jest problem prawa autorskiego. Gdyż prawo autorskie nie jest tak świeże, jak się to wielu osobom wydaje. Niejedne dzieło „anonimowe” znane jest w historii literatury, ale czy myślimy czasem o tych dziełach ukradzionych, pisanych dla kogoś, zabranych, pisarzy ograbionych ze swej myśli? Marcjalis pisał:

 

I na mrozach getyckich, pod rzymskimi znaki,

Me wiersze centuriony czytają prostaki,

Pono się i Brytania nimi rozkoszuje,

Lecz jaka z tego korzyść? – Mój mieszek nie czuje.

 

Nawet nasz Kochanowski ma swój głos w tym problemie:

 

Nikomu albo raczej wszystkim swoje księgi 

Daję: by kto nie mniemał (strach to bowiem tęgi)

Że za to trzeba co dać, wszyscy darmo miejcie – 

O drukarzu nie mówię, z tym się rozumiejcie.

 

Dziś ta sytuacja przeniosła się do sieci – iluż to autorów zostało ograbionych ze swego słowa, bo tak łatwo jest zrobić kopiuj-wklej? Wielu drży nieustannie na myśl o ograbieniu „przez” Internet. Lecz na ile ów lęk wynika z ukradzenia samych słów, a na  byciu zapomnianym i pominiętym? Wydaje mi się, że to drugie gra tu rolę – i to mówię też jako osoba pisząca. Bo to, co wyrażam, jest na tyle istotne i uniwersalne w wielu przypadkach, że z chęcią się dzielę, a nawet w cieniu słów przystaję i patrzę, jak rosną. Nie zmienia to faktu, że wykonuję pracę i skoro na inną, pisząc, nie mogę mieć naturalnie czasu i chęci, to też i zarobek z niej płynąć jakiś powinien. Taka logika nie towarzyszyła twórcom, a nawet jeśli – to zamykali ją w sobie, szli za słowem w ogień i dławiąc się tak często umierali.

Parandowski dodaje „W Anglii pierwszym poetą żyjącym z pióra był Alexander Pope, któremu przekład Homera przyniósł 9000 funtów, co w ówczesnej wartości pieniądza było znacznym majątkiem: dzięki Homerowi – powiada w jednym z wierszy – żyję, nie będąc nic dłużnym żadnemu księciu ani panu”.

W XIX wieku prawo autorskie zaczęło mieć wreszcie znaczenie, które wreszcie dało autorom możliwy zarobek, a nawet „handel poezją”. „Powtarzano obelgi, którymi Platon ścigał sofistów”.

Artyści po prostu nie mogli, nie umieli wyceniać swoich dzieł, bo skąd mieli umieć, jeśli raz robił to za nich mecenas, a raz nie robił tego nikt, bo dzieła były kradzione, albo puszczane wolno? A kiedy płacono twórcom, to odgórnie ustalano cenę w sposób zapewne wybuchowy bez namysłu, ot, niczym gdy płacono trubadurom za samą rozkosz, jaką wywoływały ich śpiewy.

 

I takie opłaty dziś można by uznać za dodatek do samego wynagrodzenia za „sam tekst” i pracę w niego włożoną. Lecz czy tu nie dotykamy znów pracy literackiej, którą wyceniamy od liczby słów i tematu? No właśnie! Mamy tu w następstwie wejście do świata literatury: mas, międzynarodowych umów, przekładów, a wreszcie rozwoju innych sztuk, które mogły bazować na zakupieniu praw autorskich do danego dzieła, a potem na produkty uboczne tego wszystkiego.

 

I ten złoty deszcz, jak każdy deszcz, pada rzęsiście i niewybrednie: dorabiają się fortun nie tylko wielcy i wybitni pisarze, ale i tuzinkowi, ci nawet łatwiej, na przykład w Anglii sentymentalny, staropanieński romans, a w Ameryce kryminalny może w jeden miesiąc zrobić autora bogaczem, nie przynosząc mu ani uznania, ani nawet zwyczajnego rozgłosu, ponieważ pod koniec roku nikt już nie pamięta jego nazwiska. Jak nigdy życie literackie zaludniło się spekulantami i spryciarzami.

 

I tak, autor mógł wreszcie wejść do świata przepływu pieniądza w jakiś godny i sensowny sposób – wyceniając siebie, dzieło, pracę, ale równie często – będąc do/ocenianym przez tych, którzy czytają oraz ich osobiste zainteresowania. Literatura częściej też mówiła o życiu zwykłych ludzi i przez takich była czytana. A czego potrzebowali? No przecież wiemy, jakie książki do dziś zalewają księgarnie i są sezonowymi krzykami mody.

 

Co innego literatura tzw. wysoka, gdzie książka przez wiele lat krąży w literackim undergroundzie, albo nigdy z niego nie wychodzi, by (czasem po śmierci autora), stać się ważną częścią literatury narodowej lub międzynarodowej. Tutaj temat, styl, forma, osobowość twórcy – mieszają się i przeplatają, stwarzając (lub nie) środowisko odpowiednie dla wzrostu danego dzieła w odpowiednim sobie miejscu i czasie.

 

Taki „biotop” literacki nie musi przynosić wielkich dochodów, do jakich dorabiali się na początku stulecia wielcy autorzy. Ów biotop daje bezpieczną przestrzeń do dalszego rozwoju, czasem minimalny dochód, a wszystko okazuje się dość zależne od wydawcy, czyli tego, który przejął poniekąd obowiązki mecenasa.

 

„[…] przyzwyczajony ciągnąć niekontrolowane zyski z cudzej pracy, najpierw bardzo się zdumiał odmianą obyczajów i starał się ją zażegnać nieuczciwością, wkrótce jednak spostrzegł, że można więcej zarobić w sojuszu z prawem. […] Bardzo często oszałamiające sukcesy przynosiły zysk tylko wydawcy, które dzieło nabył na własność za znikomą sumę”

 

Bywało, a pewnie bywa i tak, że gonieni terminami twórcy, zatracają swoją godność i kreatywność, służąc wydawnictwu i czasowi. Tego rozwijać nie trzeba, co ma artysta do pracy pod presją czasu? Według mnie – nic.

 

„[…] Walter Scott. Wczesna i szeroka sława przyniosła mu olbrzymie dochody. Chcąc być ich pewnym, stał się wspólnikiem firmy księgarskiej, która wydawała jego książki. Lecz w roku 1826 firma zbankrutowała […]. Zapracowywał się odtąd bez pamięci, produkował coraz lichsze powieści. W pięć lat później umarł z wyczerpania.”

 

Los pisarski po prostu udowadnia, że niekoniecznie tematy pieniądza są bliskie artyście słowa. Cała energia idzie w kreację i obmyślanie zawiłych światów, nie mówiąc już o obcowaniu z materią życia w sposób indywidualny i specyficzny. Nowe zjawiska na arenie finansów, wymiany dóbr, dzielenia się ze światem swoim darem, podzieliły twórców na tych, którzy oddają się przepływowi na różne sposoby i tych, którzy świadomie się odeń odcinają. Parandowski pisze o „ofiarnym oddaniu się swej sztuce”, a potem dodaje, że nędza po prostu niszczy, a w jej „bezlitosnym uścisku zginęły tysiące pięknym umysłów w pohańbieniu i rozpaczy”.

 

Nic dziwnego, bo nie widzieć skutków swoich działań w przełożeniu na jakikolwiek dostatek w życiu i zaspokajaniu nawet podstawowych potrzeb, wprowadza umysł w obsesję. Taki mentalny schemat towarzyszący twórcom od niepamiętnych czasów. Raz, że zawieszony był niegdyś na wielkoduszności i hojności władców czy mecenasów, a raz na służbie państwa lub idei, co też samo państwo wynagradzało (pojęcie wieszczów, czarowników, znachorek itp. polega w dużej mierze na pracy dla ludu, za co się lud swoimi sposobami odwdzięcza).

 

Ponadto mentalny schemat dotyczący pieniędzy, uwypukla się też w dość częstej nieumiejętności wyceny swego dzieła i ukazania go światu. Skąd ja to wiem? Sama tego doświadczam. Już to skończę pisać książkę, a na horyzoncie rysuje mi się zarys nowej postaci. Wyłania się z mgły, schodzi z góry, widzę nowe słowa i cienie w snach, zaraz ręka sama będzie rwać się do pisania. Napisana książka idzie poleżeć, bo przecież redaktorowi trzeba zapłacić, więc po roku sama robię redakcję, na świeżo zerkam na pisadło i szukam możliwości udostępnienia (literackie konkursy czy połowy lub wydawnictwo).

Tylko dobry los pozwoli być może zarobić na napisanej książce. Można przecież zareklamować się nowymi sposobami biznesowymi, ale przecież artysta to nie biznesmen i nie w smak mu te metody. W ogóle go nie obchodzą! Zaraz się znudzi, będzie zbyt kontrowersyjny, albo zwyczajnie nieczuły wobec odbiorców. Idzie więc za słowem dalej, pisze, a może jest literatem, czyli zarabia na pisaniu na zlecenie czy usługach tego typu. Także dzielenie się wiedzą, nauczanie, jest częścią albo jedynym zarobkiem takiego człowieka. Tutaj cierpliwość, podążanie za sobą i intuicja mogą tylko umożliwić jako taką egzystencję. Jest niepewna (brak stałego dochodu), ale z odpowiednią wiarą i zacięciem pozwala zawsze zarobić na daną potrzebę.

 

„Na nic się nie zda dzielić zawodów, w które los może wtrącić pisarza, na złe i dobre, radzić mu, by unikał biur, nauczycielstwa lub dziennikarstwa, a swatać go z medycyną, marynarką czy dyplomacją, jedno pozostaje prawdą: kto wbrew swej woli, z pełną świadomością strat i krzywdy opłaca swój chleb powszedni zmarnowanymi zamiarami i nadziejami twórczymi, kto swemu dziełu może dać tylko odpoczynek niedzielny i strzęp wieczoru po utrudzonym dniu, komu zajęcie nie mające nic wspólnego ze światem jego myśli zaśmieca mózg, kto, czyniąc bilans roku, patrzy ze zgrozą na cmentarz tysiąca godzin – ten staje się ofiarą jako jednostka i porażką jako przepadła wartość społeczna.”

 

 

 

Podobny obraz
„Biedny Poeta” Spitzweg

Literacka Ekonomia:

mentalny schemat literatów

 

Dosadnie to ujął Parandowski. Jeśli to czytasz, to zapewne rozumiesz, że pasji nie da się zagłuszyć, a zagłuszenie jej skutkuje chorobą, szaleństwem, albo przymarciem w oparach szarej masy. Twórcy mają w środku pewną iskrę, którą umieją rozpalić słońce nocą, a dzień wygasić i zasiedlić barwami wyobraźni. Finanse, które płyną z zajmowania się sztuką i samo docenianie sztuki pisarskiej, wiążą się jednak nie tyle z treścią czy formą dzieł, a z konkretną misją, celem, wizją na swoją pracę i… zacięciem w jej/siebie realizacji.

Można więc być literatem i pisarzem, oddać się słowom i wierzyć w swoją ideę i przekaz. Inaczej pisarz się jeszcze nie nauczył (oprócz tych, którzy faktycznie zarabiają na wydanych książkach). I nie mówię o pisarzach, których książki podbijają listy bestsellerów na miesiąc czy dwa. Mówię o pisarzach, którzy wewnętrznie służą słowu i widzą swoje słowo pośród literatury narodowej lub międzynarodowej. To oddanie się słowom nie może już oznaczać ubóstwa, nie w dzisiejszych czasach, kiedy uczymy się na nowo i z nową rozwagą zarządzać pieniędzmi.

Oddanie się słowom oznacza współcześnie, że chcemy zmienić postrzeganie pracy literackiej, bardzo szeroko pojętej. Nie da się już wracać do starych schematów. Można tylko wewnętrznie odważyć się iść za swoim słowem i oddać mu najważniejsze godziny swego dnia, a co dodatkowo i na co przyjdzie siła i możliwość – wypełniać, by zasilić swe konto. Można też zewnętrznie okazywać zainteresowanie przemianami społecznymi i edukacją społeczną, która dotyczy wartości słowa pisanego i mówionego, książek i ich niezwykłej roli. Dziś szczególnie, kiedy mamy tych książek całe masy, a i w pisarstwie również się zaludniło. Kto z piszących jednak może powiedzieć, że głównie zajmuje się pisaniem?

 

Ekonomia literatury nic nam nie tłumaczy, pokazuje tylko pewien schemat. I Parandowski tego nie doczekał, ale mamy już na rynku książkę „Ekonomia literatury”. Niestety jeszcze jej nie czytałam, dopiero ją wręcz znalazłam! Ale z recenzji wynika, iż:

 

Ta książka pozwala nie tylko spojrzeć na literaturę jako tę, która stoi związkiem z ekonomią, pokazując konkretne relacje (choćby na przykładzie Króla Edypa), ale pozwala także przedefiniować rolę czy też znaczenie twórcy, tak mocno – na co zwraca uwagę Jan Sowa – naznaczonego w naszych oczach romantycznym podejściem: indywidualnością, nieziemskim natchnieniem, wyjątkowością. To wydawnictwo, jak już pisałem, szeroko traktujące omawiane zagadnienie, bo czerpiące argumenty i obserwacje z wielu zjawisk, uwzględniające nie tylko literackie, ale i etyczne (np. w kategoriach prawdy), gospodarcze czy kulturowe pojęcie ekonomii.

 

To będzie ważna pozycja dla literatów. Najważniejszą pozycją według mnie dla twórców słowa, pozostanie jednak Alchemia Słowa Parandowskiego, która pozwoli każdemu piszącemu poznać fach pisarski. I tym samym podjąć wewnętrznie stałą decyzję, czy to co robię naprawdę, ale to naprawdę jest dla mnie najważniejsze – i jeśli jest, iść za tym na oślep. Bo tylko tak, w szale i chaosie artystycznej głowy i nieposkromionego serca, działa pisarz. Oczywiście byli i tacy, którzy siadali do pracy skrupulatnie i dłubali, niczym w tabelkach, ale nie zmienia to faktu, że pisaniu poświęcali codzienne godziny swej siły i energii. Dać się ponieść pisarskiemu prądowi nie jest łatwo. Nie jest łatwo, bo mamy mentalny schemat i przyzwyczajenie i pamięć wewnętrzną, że pisanie nie da nam chleba, że w ogóle trzeba pracować inaczej, robić dodatkowo, aby móc jakoś tam żyć.

 

„Określenie: pisarz zawodowy łączy się w powszechnej opinii z pojęciem literata, który żyje z pióra. W tym znaczeniu jest ono niedawne, lecz można je rozszerzyć na wszystkich pisarzy, których główną, jeśli nie jedyną, troską była praca twórcza. Flaubert nie zarabiał na swoich dziełach, czasem do nich nawet dokładał, jak do „Madame Bovary”, bo wydawcy przyniosła znaczne zyski, autora zaś naraziła na koszty procesu. Miał własny majątek i gdy go stracił, oglądał się na stare lata za jakąś posadą. Wszystkie jego książki, tak już sławne, nie dawały mu żadnego dochodu: był ofiarą własnej nieporadności i wydawniczego wyzysku. Mimo to nikt bardziej nie zasługuje na nazwę pisarza zawodowego. Flaubert nie tylko nigdy niczym się poza literaturą nie zajmował, ale wszelkie inne zajęcia i sprawy uważał za niegodne, by im poświęcić najmniejszą uwagę”

 

Jak dodaje Parandowski, pisarze „są tu odwiecznymi kolegami filozofów, uczonych, artystów, wynalazców, ludzi podbitych przez jakąś ideę i zdolnych dla niej poświęcić wszystkie inne powaby życia”.

To, co dziś możemy zrobić, mając to wszystko na uwadze, to zatroszczyć się o samodzielność w podążaniu za pasją. Samodzielność oznacza dla mnie rozwój w różnych kierunkach, torem swych umiejętności. Okazać się może wtem, że taki twórca ma np. zadatki na świetnego wykładowcę i tym też dorabiać, albo że spełnia się w grze na pianie i wieczorami grać w klubie. Wiem, że dziś trudno o takie posady. Tym gorzej dla wykwintnych i wykształconych ludzi pióra. Dość często są oni równocześnie redaktorami – kłaniam się z uznaniem, lecz i tu ja bym nie umiała. Czasem w zupełnie innych rzeczach pisarz znajdzie pociechę: jak pielęgnowanie ogrodu. Bo i jedzenie mu da i wytchnienie od pisania. Jednak temat wielkich dzieł i wielkich zarobków, to zapewne sprawa owego unikatowego „biotopu”, w którym zagrzeje miejsce dany twórca.

 

Tymczasem pozostaje nam skutecznie i pięknie rozwijać literackość, bo jest to jedno z zajęć, jakimi pisarz para się tak czy owak. Obok pisania książek, może pisać recenzje czy teksty na zlecenie. Błagam tylko, apeluję i proszę Was wszystkich – to jest praca jak każda inna, wymagająca wiedzy, umiejętności i wyczucia.

 

Ceńmy pracę tych cichych myszek, piszących na zlecenie, literatów, prowadzących magazyny, strony czy portale. Wiecie dlaczego? Bo czasem widzę ogłoszenia: pisanie w ramach wolontariatu czy za naprawdę marne sumy (co może i jest dobre dla uczniów szkół humanistycznych), czy pisanie na strony zupełnie za darmo.

Sama wpadłam w takie sidła na początku, ale się wykaraskałam, ale byłam jeszcze na utrzymaniu rodziców, nawet jeszcze nie studiowałam wtedy. W każdym razie nauczyło mnie to wewnętrznego smutku i przyzwyczajenia, że moje pisanie nie jest warte pieniędzy, bo skoro piszę o takich, a takich rzeczach i ktoś to jakoś tam czyta, to to jest największy prezent. No, ale te godziny spędzone przy piórze, nie licząc tych, w których w głowie układały się określone treści – to jest po prostu praca, fach i sztuka w jednym. Czas, przestrzeń, stan wewnętrzny i zewnętrzny, a do tego umiejętności – to jest obraz tego, że człowiek wykonuje wysiłek energetyczny, pracuje i aby ów wysiłek mu się wyrównał powinien dostać równoważącą mu jego energię zapłatę. I to, jak ją wykorzysta, czy na naleśniki czy wyjazd nad Adriatyk czy nową książkę, to już od twórcy zależy czym też doładowuje swoją unikatową siłę kreacji.

 

 

 

Liczę (tak, liczę!) na dzień, w którym owe kwestie staną się sprawą ważną i dyskutowaną, a z sieci znikną mało wnoszące treści i puste slogany oraz co najważniejsze ogłoszenia o pisanie marnych rzeczy bez szacunku dla literackiej pracy.

I szanujmy się, pisarze i literaci i autorzy, bo jeśli czujesz zgrzyt i ból czytając słabe ogłoszenia, to znaczy, że jest on na miejscu i czy nie jest on tysiącem pokoleń, miliardami pokoleń pisarzy i literatów, którzy odzywają się jakby ćmy w naszych wnętrznościach bólem, niezgodą i zgnilizną, jakiej świat jeszcze nie widział, bo skutecznie przykrywał ją pięknymi i pustymi laurkami dla pisarzy, zasilających literatury narodowe.

 

Literacka Ekonomia oraz dlaczego ma szklane oczy

Dodaj komentarz

Close Menu