„Barwy i czucie”// Kąty Czasu


Barwy i czucie

 

Jest taki okres w przyrodzie, kiedy granice oddzielające jeden kolor od drugiego,
pogodę od niepogody, ciepło od zimna – zupełnie się zacierają. Kolory są intensywne, ponieważ
przechodzą z jednego stanu w drugi. Zielone liście powoli przybierają żółte odcienie,
przypominające letnie słońce i tym skojarzeniem ocieplają całą atmosferę wokół drzew. A jeśli
jest ich w pobliżu całkiem sporo, nie mówiąc już o przytłaczającym majestacie lasu, aura wydaje
się wręcz wiosenna, pogodna, podszyta równocześnie jesiennym spokojem wieczorów.
Ta subtelna zmiana kolorów sprawia, że każde drzewo staje się zupełnie innym
światem, bez którego nasze widzenie byłoby bardzo uszczuplone. Nie tylko barwy wpływają na
odczucie wewnętrznego ciepła. Sama pogoda okazuje się czymś niezdefiniowanym. Z reguły
postrzegamy ją w kategoriach, które teraz zacierają się poprzez pomieszanie w naszej percepcji
kolorów oraz mgły, która delikatnie oplata niebo i schodzi niżej, muskając naszą skórę chłodem.

Mglistość otoczenia pochłania budynki, jeśli mamy takie na horyzoncie, nurkują w
niej wieże kościołów, a im wyżej sięgają, tym słabiej dostrzegamy granice, która oddzielałaby
niebo od murów. W zasadzie nie dostrzegamy ich wcale – piękne obrazy impresjonistów są przy
tym dosyć nudną kalką, cenną, choć nigdy niepozwalającą na pełne odczucie głębi i przestrzeni,
która kurczy się i rozszerza wraz z każdym podmuchem wiatru.

Odczucie ciepła nie znaczy bowiem, że nie ma wiatru, ani deszczu. Ta pora
charakteryzuje się nieoczekiwanymi opadami. Wiatr jest najczęściej na tyle taktowny, że nie
współgra z deszczem – to trochę kłopotliwa kompozycja. Dlatego też wiaterek, bo tak należy go
określić, przypomina raczej spokojny oddech śpiącej ziemi.

Deszcz tymczasem przybiera różne oblicza. Od dosyć mocnych opadów, po mżawkę,
opłukującą liście, trawę i chodniki. Wszystko lśni i mieni się, a szczypta dotykającej ziemi mgły,
dodaje temu widokowi głębi. Rześkie powietrze powstałe z takiego połączenia daje ukłucie
energii, której nie można oddać słowami. Energia ta jest efektem spokoju i ciepła, ale nie
rozleniwiającego, a pełnego werwy, jakby podmuchu żywotności wszystkiego, co nas otacza.
Ludzie pochłonięci przez mgłę wtapiają się w ów krajobraz, błyszczący od kropli deszczu.
Leżakujące pod ich stopami liście, przygniecione do trawy siłą wody, wilgotne i wciąż soczyste,
nie wiedzą, że już nie wiszą na drzewie. Tworząc dywan świeżości, prowadzą przez ten płynny
krajobraz, łączący ziemię z niebem, scalający nawet najbardziej niepasujące do niego fragmenty.
Istota świeżości tego momentu tkwi w jego nieuchwytności. Bo niewiele brakuje do
tego, aby liście zaczęły gnić, a drzewa zostały nagie i wystawione na hulający wiatr. Niewiele
brakuje choćby do całkowitej zmiany koloru liści, w pomarańcze i czerwienie, bez kawałka
zieleni. To subtelne przejście jest chwilowe, a zarazem pełne, absolutne.

To kwintesencja jesieni.

Napawa ona Ernesta Browna szczególnego rodzaju uczuciem, które można porównać z
przypomnieniem. Ale czegoś, czego nigdy się tak naprawdę nie przeżyło. To znaczy – Ernest nie
wiedział do czego to uczucie odnieść w swoim życiu, a jednak było mu niezwykle bliskie, proste i
wręcz niezbędne do pełnego odczuwania życia. Zastanawiał się czy przypadkiem nie jest obecne
zawsze, a on tylko to teraz zauważył. Bo jakoś nie mógł wyobrazić sobie egzystencji bez tego
odczucia wewnętrznego ciepła i spokoju.

A może to pobyt w miejscu urodzenia tak na niego wpłynął… i bliskość matki?

Prawdopodobnie wszystkie te czynniki otworzyły w nim pamięć, zapisaną komórkach
mózgu, że jest człowiekiem i żyje na ziemi. To banalne stwierdzenie wydawało mu się tego dnia
wyjątkowo ważne. Tak jakby nieustanna świadomość tego miała być celem i treścią życia. Dzięki
niej każda praca zmysłów była czymś świętym, doświadczenie wypełniło się o doznania
przestrzeni, stało się esencją istnienia.

Te wielkie słowa nie miały w umyśle Ernesta równie wielkiego znaczenia. Po prostu
całkiem nieźle, być może najlepiej z możliwych sposobów, opisywały odczucia młodego
mężczyzny. Niektórzy mogliby stwierdzić, że najlepszym sposobem byłoby milczenie, jednak on
się z tym nie zgadzał. Milczenie też ma swoje granice i zapewne w dni takie, jak ten tajemniczy,
ale pełen ciepła jesienny dzień, milczenie i słowa również rozcierają się w przestrzeni.

 

 


Fragment pochodzi z książki „Kąty Czasu” z rozdziału 3 części 2. MB.


 

„Barwy i czucie”// Kąty Czasu
fot. J.Kanigowski

Dodaj komentarz

Close Menu