„Jaskółki” /M.Borowska

Jaskółki

 

(…) lost in dream flight

to pierce the horizon as a bird…”1

   

Jaskółki krążyły nad wzgórzem. Nie znikały poza zasięg wzroku, ale szybko zamieniały się w małe, czarne punkciki. A na ich tle wysokie, ciemne drzewa lasu, kłaniały się nisko popychane wiatrem. Niektóre z ptaków wracały i wlatywały do swoich gniazd – małych jamek na czubku wzgórza, przypominających dziury po wystrzałach. Lecz zachodzące niebo i tak wypełniała czerń ich piór. I każdego roku ptaków przybywało. Każdego roku dziur w piachu na wzgórzu robiło się więcej. A w dolinie, tam gdzie wartko płynął strumień, znikając gdzieś w odległym jeziorze, każdego roku chowano więcej ludzi.

Kto oprócz jaskółek mógł być świadkiem wydarzeń na dole? Kamienne figury, stróżujące nad kurhanami…?

Czasem na wzgórze przychodził człowiek. Siadał na najbardziej wysuniętym cyplu. Po jego jednej stronie rosły dzikie, żółte kwiaty, przewyższające go, gdy siedział, a po drugiej tkwił długi kij. Ktoś wbił go w ziemię wieki temu i do tej pory się nie przewrócił, chociaż był już przekrzywiony, a wiatry i burze nie raz huśtały nim na wszystkie strony.

Stary człowiek był wytrzymały, tak samo jak ten gruby kij na wzgórzu. Kiedy siedząc obserwował jaskółki krążące po niebie, umysł starca wreszcie się oczyszczał. Traktował to, jako pewien rodzaj medytacji.

Gdy słońce zachodziło, na niebie zawsze rysowały się piękne, pomarańczowo-czerwone pejzaże. Przypominały płonący w oddali ogień. Pewnego razu, podczas takiego właśnie zachodu, wśród świergotania ptaków, stary runął w dół. Jaskółki poderwały się do lotu ze swoich gniazd, naprzeciw lecącemu starcowi. W tym chaosie, kiedy nawet piach krążył wokół, a liście z pobliskich drzew tańczyły w powietrzu nie zamierzając opaść, starzec leciał wprost na kobietę w otwartym grobowcu.

Kamienna płyta była odsunięta, grób porośnięty dzikimi różami i otoczony cienkimi pajęczynami. Poruszały się na wietrze, zbliżając do ciała zmarłej. Miała doskonale białą skórę, przezroczystą długą suknię i różowe usta. Kręcone jasne loki spływały po ramionach, a wpięta w nie czerwona róża raziła swoim soczystym blaskiem. Wymalowane na delikatnej twarzy błogość i spokój, przyciągały starca niczym magnez.

Jednak spadający w dół człowiek, z każdym smagnięciem wiatru zmieniał się nie do poznania. Siwe włosy nabierały objętości i długości, stawały się puszyste, kruczoczarne. Przemęczona twarzy wygładzała się i ujędrniała, tak samo starcze ciało. Już nie było przykurczone pod siłą wieku i doświadczeń, ani pod brudnymi, obdartymi łachami. Sylwetka spadającego mężczyzny przypominała wojownika. Szczupłego, smukłego i silnego człowieka o zdeterminowanym obliczu. Niebieskie, pełne życia oczy patrzyły na leżącą w grobowcu kobietę i pożądały jej podczas lotu.

Silne ręce wyciągnął ku niej, próbując odgarnąć wiszące nad grobem pajęczyny. Odsłaniał je niczym zasłony, aby wreszcie dotknąć śpiącej piękności. Kiedy została odkryta, wiatr lekko poderwał suknię do góry. Na martwym ciele pojawiła się gęsia skórka, włoski i sutki stanęły, uwydatniając się pod tkaniną. Gdy tylko mężczyzna opadł na zimne, kobiece ciało, ujął je w silnym uścisku. Betonowa podłoga pod nimi mozolnie osunęła się w głąb grobowca. Aksamitny i miękki materac, na którym ułożono martwą, poleciał w dół, a za nim oni scaleni w jedność.

Mężczyzna nie patrzył w górę, gdzie nad grobowcem nadal krążyły jaskółki, a zachodnie niebo przybierało coraz bardziej krwiste kolory. Dotykał kobietę, traktując jej ciało jak relikwię, świętość. Sunął delikatnie po bladych ramionach, idealnie zarysowanych piersiach, okrągłych biodrach. Zanurzał się w cienkim materiale sukni, ręką błądząc pomiędzy szczupłymi nogami. Jego usta, wtapiające się w zaciśnięte wargi kobiety, tęsknie prosiły o odwzajemnienie pocałunku. Nos wdychał słodkawą woń skóry, pomieszaną z zapachem kwiatów.

Na nich z grobowca posypały się róże, rysując czerwone smugi przy locie w tej wszechobecnej ciemności. Lekko opadały na splecione ciała, powoli okrywając je czerwienią. Kolcami wbiły się w ich skórę.

Krople krwi, wypływające z okrągłych ran mężczyzny, brudziły blade kobiece ciało. Gorąco płynu studziło chłód bijący od martwej. Cichy syk i mgiełka pary zaczęła unosić się nad nimi. Spadali w ciemność otoczeni kwiatami i spływającą stróżkami krwią, która skapywała z ich ciał i niknęła w czarnej otchłani, lub jeszcze w locie opadała na czerwone płatki róż.

Mogła to być ziemia, czarna i wilgotna, ale puszysta jak pierzyna. Mógł to być miękki dywan, albo doskonale czarna trawa. Coś ciemnego, coś, co otaczało lecących, zastępowało im błękit nieba, zieleń trawy i jakiekolwiek inne kolory. Wreszcie opadli na czerń. Ugięła się, jak puszysta pościel na łóżku. Odbijał się od niej blask kwiatów i kropel krwi. Przy upadku ponownie poderwały się w górę.

Mężczyzna był już w kobiecie, kiedy jej prawie przezroczyste dłonie, o pięknych, białych paznokciach, zacisnęły się na jego plecach. Choć naciskały mocno, nie raniły, zostawiały tylko jasne ślady. Wreszcie drżące, różowe usta rozchyliły się lekko, wpuszczając do środka spragniony język kochanka. Blade policzki zamalował delikatny rumieniec, a ciało kobiety wygięło się w łuk. Jej stopy wbiły się w czerń, która ugięła się, niczym guma, a głowa odchyliła do tyłu… uwalniając pierwsze tchnienie z ust kobiety.

Potem białe powieki powoli się otworzyły. Blask oczu wypełnił przez chwilę ciemność pustki, w jakiej się znajdowali. Mężczyzna przesuwał wilgotnymi ustami po każdej części ciała kobiety, pobudzając komórki do życia. Stawała się coraz cieplejsza, ginęła gęsia skórka, zastępowana niewielkimi kropelkami potu. Ich ciała, pobrudzone krwią z ran zadanych przez kolce, przybrały kolor różu.

Mężczyzna wplótł palce w loki kochanki i przysunął powoli jej głowę do siebie. Spojrzały na niego jasne oczy, błękitne, z niezwykłą białą otoczką wokół źrenicy. Były spokojne, wypełnione błogością, jaką odczuwa się po obudzeniu ze wspaniałego snu. Kiedy leży się w łóżku kilka minut i wspomina senne marzenia.

Ręce kobiety, zaciśnięte wcześniej na plecach kochanka, opadły na czarne podłoże. Jej usta rozciągnęły w błogim uśmiechu. Snop światła w oddali ukazał kamiennego anioła.

Czuwał nad odsuniętą kryptą, gdy jego skrzydła i długa szata porośnięte mchem odbijały soczystą zieleń. Zamyślona twarz, odwrócona w kierunku grobowca, zdawała się pamiętać o jakiejś historii… Lekko rozchylone, kamienne usta szeptały jej treść, którą tylko nieliczni byli w stanie usłyszeć.

Grobowiec, przy którym stał anioł, był obrośnięty krzakami dzikich róż i bluszczem. Zasłoniły już nagrobek w wielu miejscach, tak jak i grób, uszczypany przez ząb czasu. Kilka złotych liter wyrytych na obdrapanej tablicy przebijało się przez gąszcz liści.

Wschodzące słońce stopniowo oświetlało to miejsce. Wokół wyrosły z ciemności kolejne krypty, równie stare i otoczone kamiennymi posągami. Noc czmychała spomiędzy nich, ulatując w postaci mgły. Unosiła się nad ziemią zwiewna i cicha, jak dusze zmarłych.

Mężczyzna dotknął po raz ostatni jej włosów, wiecznie sprężystych i zdrowych. Jego dłoń zanurzyła się w wilgotnej, porośniętej bluszczem ziemi. Wreszcie poranna mgła pochłonęła sylwetkę kochanki, ukrywając ją przed wschodzącym słońcem. Białą suknię oblepił dymek, sprawiając, że wyglądała jak stworzona z puszystych chmur. Kobieta bez słowa wyślizgnęła się z rozpaczliwych objęć kochanka i pofrunęła niesiona obłokiem do swojego domu.

Płyta zasłaniająca grobowiec zachrzęściła. Z cichym zgrzytem nasunęła się na otwór. Kamyki pospadały się na ziemię, a w górę wzbił kurz, który opadając, mienił się diamentowymi iskierkami.

Mężczyzna wstał i otrzepał spodnie z płatków róż i kolców, które nadal były wbite w jego skórę. Omiótł smutnym, starczym spojrzeniem zatopiony w ciszy cmentarz i zbliżył się do grobowca ukochanej. Kamienny anioł wodził za nim tęsknym wzrokiem. Przez chwilę martwe oczy zalśniły, odbijając przykurczoną sylwetkę starca. Przetarł dłonią pomarszczoną twarz i zawstydzony ruszył pod górę, zostawiając za sobą krypty zmarłych.

Jaskółki już przygotowywały się do porannych lotów, wystawiając dzioby z gniazdek w piachu na wzgórzu. Czarnymi oczkami wiodły za wchodzącym pod górę starcem. Wspinaczka nie zajęła mu dużo czasu. Robił to każdego ranka.

Kiedy znalazł się na swoim miejscu na czubku wzniesienia, po raz ostatni spojrzał na opatulony mgłą cmentarz. Następnie skierował się w przeciwną stronę, gdzie za niewielkim laskiem, w którym kiedyś mieściła się kapliczka, stała chatka mężczyzny.

Poskręcane drzewa zdawały się łapać w swoje objęcia zmęczonego staruszka. Gruzy pozostałe z kapliczki osuwały się pod stopami, chcąc zabrać go pod ziemię. Jednak im wyżej znajdowało się słońce, tym bardziej drzewa się rozstępowały, a gruzy chowały pod wysoką trawą. Mgła zaczynała ustępować, zostawiając rosę na krzakach. Gdy stary wyszedł z lasku, oślepił go blask porannego słońca. Odbijał się od popękanego okna chaty, otoczonej z dwóch stron płaczącymi wierzbami. Długie gałęzie kołysały się na wietrze, niczym piękne kobiece włosy. Przed chatą stała wyschnięta już dawno studnia, a przy niej wiadro z grubym łańcuchem, który niknął gdzieś w otchłani na dnie.

Drewniane schodki zaskrzypiały i ugięły się pod ciężarem staruszka. Kiedy uchylił drzwi, ledwo trzymające się na zardzewiałych zawiasach, ze środka buchnął smród wilgoci, pleśni i mysich odchodów. Ale przede wszystkim ponura, martwa pustka.

W pomieszczeniu stało stare, dwuosobowe łóżko przykryte wypłowiałym pledem, mała kuchenka gazowa i szafa. Na środku krzywy stół, a przy nim krzesło. Przez jedno okno wpadały promienie słoneczne, drugie zaś zostało zabite deskami.

Wystraszone myszy czmychnęły pod łóżko i do swoich nor w drewnianej ścianie. Staruszek stał przez chwilę na środku pomieszczenia czekając, aż wszystkie szkodniki się pochowają. Nienawidził tych małych zwierząt, które podgryzały go w stopy, albo chodziły po kocu i robiły w nim dziury.

Mężczyzna był zbyt zmęczony, żeby cokolwiek robić. Napił się trochę wody z dzbanka i położył na łóżku. Nie musiał długo czekać, aż nadejdzie sen, ale tak jak zawsze, zanim odpłynął w krainę spokoju, małe ząbki podgryzły go w piętę wystającą spod koca. Z zewnątrz dobiegło skrzypienie i odgłos łańcucha.

Staruszek wstał i przetarł twarz. Mysz zeskoczyła na podłogę. Łańcuch szeleścił jeszcze przez chwilę, aż w końcu przerodził się w dziwne dzwonienie. Stary podszedł do jednego z okien i wyjrzał na zewnątrz. Czyżby jednak zasnął? Poranne słońce chowało się już za horyzontem, ozdabiając go różnokolorowymi smugami, a wieczorna ciemność wypływała spomiędzy drzew pobliskiego lasu. Łańcuch brzęczał w ukrytej pod wierzbą studni. Mężczyzna drżącą ręką ścisnął kij stojący pod drzwiami i uchylił je.

Powietrze wieczoru pachniało świeżym leśnym podszytem i chłodem znad wody. Jej szum słychać było pomimo lasu odgradzającego chatę od rzeki. Stary wyszedł na skrzypiące schody i zmrużył oczy, aby dostrzec, kto znajduje się przy studni. Wiadro zniknęło wraz z łańcuchem, zanurkowało w pustym szybie. Stary podbiegł do otworu i ze strachem cofnął się o krok. Dopiero, kiedy uspokoił oddech, powoli zbliżył się ponownie.

We wzburzonej tafli widział zniekształcone odbicie swojej przemęczonej starością twarzy. Jednak uspokajająca się woda wygładziła po chwili oblicze mężczyzny. Stało się jaśniejsze, jędrne. Oczy nabrały swojego niebieskiego wyrazu, a czarne włosy zdrowia i objętości. Wyprostował się jakby w zwolnionym tempie i rozejrzał wokół. Ciemność pomiędzy drzewami naprzeciwko chaty wypełniła się gęstą mgłą, która całymi kłębami zbliżała się do mężczyzny. Kij wypadł z jego dłoni opartej na otworze studni i zanurzył się z cichym pluskiem do wody. Na jej znów poruszonej tafli, oprócz zupełnie zdezorientowanej twarzy mężczyzny, pojawiła się piękna kobieca sylwetka w sukni z mgły. Bladą dłoń położyła na ramieniu kochanka i zbliżyła usta do jego ucha.

Uścisk kobiety z mgły był bardzo mocny. Mężczyzna przygarbił się i widział siebie pochylonego nad studnią. Poczuł ulotny pocałunek w płatek ucha, a potem woda wzburzyła się tak, że nie sposób było dostrzec przez nią nic więcej. Wzbiła się w górę, ochlapując kobietę i rozmywając ją w ułamku sekundy. Zmieniła się we mgłę, zakołysała nad ziemią, kiedy słońce ponownie wyjrzało zza horyzontu. Zupełnie wysuszając wodę ze studni.

A na jej dnie, obok łańcucha zwiniętego w idealny kłębek, przypominającego uśpionego węża, leżała skurczona męska sylwetka. Jakby we śnie oczekując na kogoś, kto pocałunkiem ponownie przywróci ją do życia.

W chacie, szczury i myszy obsiadły koc wgryzając się w niego ostrymi ząbkami. Odór ich odchodów wypełniał niewietrzone od dawna mieszkanie. Na podłodze leżała zakurzona ramka, po której leniwie spacerował chudy, wielki pająk. Pod nią leżało jedno zgięte zdjęcie dziecka, to w ramce zaś, skurczone od wpływu czasu i wilgoci, przedstawiało mężczyznę i kobietę. Pięknych, młodych, z oczami odurzonymi miłością i twarzami pogrążonymi w błogim spokoju.

Kilkanaście metrów od tego domu, takie same zdjęcie widnieje na nagrobku, przy dużym, dwuosobowym grobowcu.

Obok kamienny anioł, wieczny i zamyślony, snuje swoją opowieść o przemijalności, choć nikt od dawna nie chce go słuchać. Bo tam, w otchłani niepamięci, tysiąc stóp pod ziemią, rodzą się nowe formy życia, których nie interesuje przeszłość.

Zdarzyło się to lat temu, sam anioł nie wie ile, bo gdy wybudowano ten cmentarz niewiele osób pozostało na świecie. Krypty i mogiły pokrywały każdą możliwą przestrzeń, każde pole, łąkę, las. Brakowało miejsca, aby chować zmarłych, a potem nie było już komu tego robić. Jak długo można opierać się śmierci? Dopóki ma się kogoś do towarzystwa. Ona nie wytrzymała długo, wyschnięta studnia przyciągała niczym magnez. Mężczyzna w medytacji i snach pukał przez wiele lat w bramy podziemnych krypt, gdzie zwilgotniałymi korytarzami snuły się bezkształtne postaci z mgły. Strach był silniejszy od miłości, lecz czego tak długo można szukać na opustoszałym i zgniłym świecie? Wiedząc, że tam, pod ziemią lub pod falami rzeki w gęstwinie wodorostów, można żyć w nieskończoność szczęśliwym i wolnym?

– Czemu tak długo? Skazałeś mnie na czekanie pod ciężkim kamieniem mojego grobowca, na znoszenie obłażących moje ciało robaków i obserwację zanikających tkanek ciała…

– Odwiedzałem cię tak często jak się da. W głowie, myślami, duchem.

– To nie wystarczało. – wyciąga swoją delikatną dłoń, gładzi twarz mężczyzny, na którą powoli wpływa porcelanowa biel.

Obydwoje wirują w wodnej otchłani studni. Woda bulgocze dookoła, jest brudna i śmierdzi. Śliskie ściany pokrywa mokry mech i glony. Wielkie ślimaki bez skorup odpadają, nie mogąc się utrzymać i lecą w dół za objętą parą wśród małych, wodnych bąbli.

Kim tak naprawdę byli? O to nie zapyta nikt kamiennego anioła. Patrzy on z dołu na krążące nad wzgórzem jaskółki. Na tle zachodzącego nieba wyglądają jak małe pociski, które zaraz zamienią cmentarz w gruzy i pył.

Nikt nie zapyta, ale odpowiedź i tak wiecznie krąży wśród grobowców i krzewów zwiędłych róż. Lecz może, jeśli kiedyś na ten opuszczony cmentarz powróci dziecko pary kochanków, zrozumie tę prawdę

Zobaczy we mgle swoją własną postać, która wpada do rzeki, a glony obłapują ją za nogi i wciągają na dno. Wzburzone fale będą przykrywać czarną czuprynę malca i zagłuszać rozpaczliwe krzyki jego matki, zbiegającej ze wzgórza. Potem, zaklinowany w rzecznym mule wypuści ostatnie tchnienie. Bąbelki poszybują w górę, dając ostatni znak, że to już koniec.

Chłopiec przypomni sobie wielkie ptaki krążące nad wodą, zawodzące głośno, płacząc nad zmarłym. I gdy jego nabrzmiałe ciałko wypłynie wreszcie na powierzchnie setkę mil dalej, nie będzie nikogo, kto by je miał pochować.

Nadbiegająca ze wzgórza kobieta potknie się i runie w czarną mgłę, zbierającą się od strony rzeki. Silne mężowskie dłonie nie będą w stanie jej utrzymać ani teraz, ani później, gdy w rozpaczy rzuci się do wyschniętej studni. Ptaki przybierające coraz większe rozmiary w końcu zupełnie zasłonią niebo. Ich czarne skrzydła opatulą dolinę, jak ciepłym kocem i pogrążą ją w cieple wiecznej, miękkiej ciemności. Gdzie najbardziej lubi rodzić się nowe życie.

1 Agalloch – Of Stone, Wind And Pillor, Of Stone, Wind and Pillor 2001

„Jaskółki” /M.Borowska

Dodaj komentarz

Close Menu
×
×

Koszyk