„słowa-zaklęcia, słowa-dźwięki” Globaltica 2019

Dźwięczność to jeden  z najbardziej zajmujących mnie aspektów słowa. Od dźwięku wiele się zaczęło, poprzez dźwięk trwa, także ten niesłyszalny rytm życia: ukryty pomiędzy oddechami, nutami, słowami. Eksplorując rozmaite formy słownej ekspansji nie da się uniknąć świata muzyki. Śmiem nawet stwierdzić, że to muzyczność rozpoczynać powinna wszelką dyskusję o słowach. Bo opowieści, historie, zaklęcia, piosenki wreszcie – to formy wyrażania poprzez słowa zarówno rozmaitych znaczeń, złożeń, ale również ich barw i tonacji.

To takie małe wyjaśnienie mojego podejścia do muzyki i tego, co mnie tak naprawdę przyciąga na festiwale muzyczne. Są to słowa, języki, dźwięki, łączenie się wielu kultur we wspólnocie rytmu i melodii. I istniejące pomiędzy tym wszystkim światy – tworzące się też w każdorazowej relacji w odbiorze muzyki.

Jedną z takich interesujących relacji jest choćby obcowanie z odsłuchaną i poznaną muzyką już po festiwalu. Rozwój tej relacji, obserwacja tego, co przychodzi. Jakie refleksje się nasuwają, bo przecież przychodzą, prawda? I na nic ostatecznie zda się twierdzenie, że o muzyce wcale pisać i mówić nie trzeba, w końcu sama jej istota skrywa się w słuchaniu, w doświadczeniu.

Na Alsłowii jednak świat refleksji i często rozbudowanych struktur mentalnych, to jest po prostu włączenie w doświadczenie umysłu. Tutaj wracają słowa, ale już jako znaczenia, a nie tylko dźwięki. Równocześnie jest to też oswajanie się z nową wiedzą, zdobytą na drodze fizycznego doświadczenia muzyki. Pokaźna część globaltikowej muzyki, wyrażała swą istotę w ruchu, byciu fizycznie w doświadczeniu. To generalnie coś więcej, niż po prostu stanie bądź siedzenie, choć w wielu przypadkach pozycja medytacyjna i/lub zamknięte oczy, skupienie uwagi i odpalenie energetycznych wibracji, jest równie interesujące. Nie zaskoczy też nikogo zapewne fakt, że można to wszystko połączyć. Wymaga to jednak trochę praktyki, a może po prostu „puszczenia” się w doświadczeniu. Dołączając do tego wewnętrzne wibracje (swój głos), wchodzimy w trans.

Kiedy widzę muzyków w transie, doznaję nieposkromionej przyjemności. Kiedy sama w niego wchodzę, mam wrażenie bycia światem i smakowania go jednocześnie. Czym więc gorszym będzie potem wykazanie się delikatnym mentalnym, umysłowym wysiłkiem, by zsynchronizować doświadczenie w warstwę płynnych słów, przekazać je, zobrazować, spisać, wszak jesteśmy nieskończeni?

Dlatego zapraszam na niecodzienną refleksję po festiwalu Globaltica, która będzie odbywała się tropem słów i językowej hipnozy oraz ruchu naturalnego i transu, w jaki z łatwością można wpaść, obcując z różnorodnością wielu kultur.

 

FESTIVAL GLOBALTICA

i transowa podróż przez muzyczne światy

 

Odczucie pełnej satysfakcji odznacza się tym, że czujesz wdzięczność, kiedy coś się kończy. Bo gdyby jeszcze, jeszcze… to chyba byś już bez sił, na kolanach, ale dalej, dalej, w te dźwięki, w te słowa! No czujesz satysfakcję. Czujesz wypełnienie. I wiesz, że to jeszcze przez wiele dni będzie się… dopełniało. To jest właśnie dla mnie definicja dobrego koncertu czy festiwalu. A tu mamy Festival Globaltica. World Music. Etno. True Deep Earthy Music. To kilka dni koncertów w różnych formach i miejscach oraz dwa dni festiwalu w plenerze, gdzie występuje łącznie 8 artystów na scenie pod gołym niebem. I te 8 koncertów to jest taki maks, bo to jest 8 koncertów na poziomie praktycznie geniuszu. Na tej edycji Globaltiki jestem jeszcze bardziej przekonana o owym geniuszu, ponieważ muzyka i ekspresja muzyków ukazała mi te niuanse ich mocy. Nie tylko artystycznej, ale też wynikającej z niesionego przez siebie przekazu i ich pochodzenia.

Jak łatwo się domyślić, różnorodność stylów na tym globalnie muzycznym festiwalu, była podyktowana nie tylko samym pochodzeniem artystów. Historia, język, przynależność do wspólnoty, kulturowa maniera, sposób grania i instrumenty… Te elementy splatając się, tworzyły oryginalną wizytówkę każdego z krajów, miejsc na świecie, reprezentowanych przez muzyków.

Odniosę się do tych konkretnych obszarów na naszej planecie, do ich historii i języka. Nie zawsze, jak zobaczycie łatwo mi było wejść w prezentowane światy. Dosyć często festiwale word music, muzyki etniczna, nie mówiąc już o ludowej, to dla mnie wielkie wyzwanie! Niektóre rytmy na Globalticy są mi obce, inne chętnie poznaje, do innych muszę się przełamać. Większość jednak poznaje praktycznie od zera i to jest właśnie najpiękniejsze.

Tym też jest Festival – przełamywaniem własnych granic, oporów, wchodzeniem poprzez ciało w kontakt z wydarzeniem. Każda muzyka wzmaga inny rodzaj ruchu, co innego chcą robić ręce, co innego głowa. Obserwacja tego i puszczanie kontroli, bycie w muzyce, okazywało się często metodą na wejście w dany świat. A nawet kulturę. Pełna akceptacja różnorodności ukazywała się też w momencie (bywało, że totalnej) zmiany stylu, kiedy następował kolejny występ. Niejednokrotnie było to zderzenie się z kulturą odmienną melodycznie czy w formie ekspresji. I znów – otwieranie, ruch naturalny, gdzie ciało prowadzi, co głowa myśli, zasłuchanie w języku, odpłynięcie na takiej fali, jaka przychodzi…

Między innymi dlatego festiwal Globaltica otworzyłam poprzez ciało, zaczynając wcześnie dzień – wskakując prosto z podróży w jogę na plaży, wędrówkę wzdłuż zatoki, aż ku kąpieli w morzu i odpoczynku. Ciało zmęczone miało zacząć tańczyć. Trochę się przeraziłam, ale przecież wewnętrznie czułam, że tak trzeba, by odpowiednio przyjąć w sobie tę muzykę. Ciało było już otwarte, rozgrzane, było ciekawe, z przyzwyczajenia tylko zmęczone. A globaltikowe dźwięki pozwoliły mi rozgościć się w tych lekko odzywających się mięśniach, były puszczaniem wszystkich napięć. Dały możliwość właściwego ruchu, poza granicami myśli, ciała, ducha, który kwintesencję osiągnął na zakończenie pierwszego dnia koncertów.

 

Znalezione obrazy dla zapytania odpoczno
debiutancki album zespołu ODPOCZNO, wyd. Audio Cave – swoją drogą, polecam wydawnictwo! 

ODPOCZNO

Pierwszy dzień Globaltiki rozpoczął się koncertem polskiego zespołu. Tu miałam jeszcze problem, bo może trochę zapomniałam, jak to wszystko działa. Muzyka polska otwierała podróże po muzycznym świecie. I muzyka polska była dla mnie najtrudniejsza. Prawdziwe wyzwanie, nie tylko dlatego, że nie obcuję z nią zbyt często, ale też dlatego, że ów kąsek muzyczny, prezentowany przez Odpoczno, był bardzo wyrafinowany, świetny technicznie i tym samym wymagający. Choć muzycy powiedzieli, że jeśli noga się rusza i rwie do tańca, to trzeba za nią podążyć. Mi się tak średnio kiwała. Za to zamykały się powieki, a najwygodniej było siedzieć. Już tłumaczę – łapała mnie zaduma. Prawdziwie polska zaduma. Może to kwestia wprowadzenia do tych krain dźwięku z polskich łąk i lasów wyciągniętego? Otóż generalnie każdy zespół prezentuje jakąś cząstkę świata, a niestety nawet dla Polaka słowa „oberek”, „polka” itp. są dosyć obce.

Nie wiedziałam, jak się za nie zabrać, więc moją naturalną odpowiedzią była muzyczna zaduma, tudzież medytacja. I choć nie czułam wokół pozwolenia na ten rodzaj zadumy (dziwny przymus tańczenia), to ile mogłam, tyle wydumałam. Dopiero ponownie odsłuchując muzykę Odpoczno, zrozumiałam, że polska muzyka istotnie ma w sobie coś tajemniczego. Może dlatego trudno nam ponownie odkryć jej wartość – kojarzy się z ludycznością, jaka obecna jest głównie w kulturze regionalnej (więc i bardzo różnorodnej w zależności od terenów Polski). Tym bardziej, że regionalizmy zostały w wielu miejscach stracone i zapomniane. Tu mamy też różnorodność języków/dialektów, co można było usłyszeć na koncercie.  Melodia słowna – podążanie za tekstami – pozwala dostrzec dziwne struktury w ludowej muzyce – (nie)oczywiste.

Oscylując wokół bardzo prostych zwrotów, opowieści, a jednak złożonych tak, by tworzyły pewne ciągi melodyczne, zespół wyraził na nowo dawne, polskie pieśni. Na nowo, bo i eksperymentalnie w sferze dźwiękowej. Ludowa muzyka została „zjazzowana” – to przede wszystkim. Odpoczno tworzą wyśmienici muzycy, mający do czynienia zarówno z tradycyjnym brzmieniem, jak i alternatywą czy improwizacją. Całkowicie słychać to w ich wersjach polskich pieśni.

I za tym bym poszła, będąc ponownie na pierwszym koncercie Globaltiki. Poszłabym za wykwintną technicznie „zabawą” na bazie tradycyjnych piosenek. Może moja noga by wtedy też chętniej się poruszała. Nie zmienia to faktu, że polska muzyka stała się w pierwszym kontakcie sporym wyzwaniem. Podobnie było rok temu, gdy Festiwal otwierał Adam Strug ze swym repertuarem. Obcowanie z nowymi wglądami w tradycyjną muzykę to dla mnie nieustanne odkrywanie. To też umiejętność aktualizacji dawnych rytmów. Okazuje się, że Polacy robią to naprawdę bardzo dobrze. Bo muzycznie błyszczą. I są naprawdę różnorodni. Mówiąc szczerze, w przyszłym roku zajrzę głębiej w globaltikowe odsłony polskiej muzyki ludowej. Bo gdzie, jak nie na tym festiwalu, zanurzać się w swoich korzeniach?

 

 

KALÀSCIMA

Po polskości przenieśliśmy się do kolejnego kraju, w którym melodyczność języka tworzy w ciele rozkosz! Włoski zespół Kalascima wpadł na scenę z impetem, a raczej z potężnym bitem, który aż zatrząsł niektórymi słuchaczami. Że był trochę zbyt głośny ów bit to jedno, ale mogło o to chodzić. W końcu był jeszcze trochę jasnawy wieczór, a po koncercie Odpoczno publiczność jeszcze nie ukołysana. Włosi pięknie zaprosili ludzi do tańca. Muzycznie było równie kolorowo i hucznie. Instrumenty etniczne podbijał elektroniczny bit, który raz przycichał, a raz dominował. Niekoniecznie wpadło mi to w ucho. Poczułam się bardzo przytłoczona, jako że odczuwam wystarczającą przyjemność z obcowania z samym brzmieniem języka. Tymczasem wszystkiego było tak dużo, że pozostawało albo tańczyć do utraty tchu, albo z szacunkiem posłuchać Kalascimy prezentacji włoskiej muzyki. Muzyka taneczna, pełna ognia, pełna wspólnoty, pełna ruchu.

To było bardzo piękne i naturalne, kiedy zespół opowiadał ze sceny o swej kulturze muzycznej z południowo-wschodnich Włoch. Tarantella to styl bezkompromisowo rytmiczny, porywający do tańca, gdzie wszystkie dźwięki są praktycznie na równi, gdzie jedyne co da się włożyć to własna radość z bycia nieposkromioną częścią tego włoskiego szaleństwa.

Kalascima miesza, oprócz włoskiego stylu, indie folk z nutkami alternatywy. Z instrumentów mamy tamburyn, mandolinę, ukulele, dudy, flety i wiele innych. Generalnie – dzieje się dużo. Mnie do tańca nie porwało, ale włoskość wyciekająca ze sceny skutecznie rozbudziła moje ciało, lekko zmęczone całodzienną przeprawą przez plażę, aby już na następnych koncertach włączyć się ruchem w muzyczne eksploracje.

 

 

 

Gaye Su Akyol

To na nią tak naprawdę czekałam i w pewnym sensie była dla mnie najważniejszym punktem festiwalu. Turecka artystka prezentuje bowiem styl, w którym psychodelia, rock i tureckie rytmy przeplatają się w sposób zgrabny i melodyjny. A ważną częścią owych melodii jest śpiew w języku tureckim, co było szczególnym rarytasem. Dryfowanie na falach tego języka to prawdziwa przyjemność.

Gaye zabrała Globaltikę w krainy Bliskiego Wschodu, przepełnione zapachami kadzidła, sensualności, baśni, snów i wizji. Szkoda, że nie rozumiałam samego tekstu. Wokalistka w dodatku jest też artystką wizualną, zatem cały zespół miał należyte przebrania, które tylko zwiększyły efekt wizyjności. Ja na tym muzycznym dywanie czułam się, jak ryba w wodzie. Lekko arabskie rytmy wprawiają bowiem w ciało wyjątkowe ruchy, wystarczy tylko sobie pozwolić, a muzyka rozszerzy nas na tyle, że rzeczywiście znajdziemy się na chwilkę w Stambule.

Podobny obraz
eidenmusicagency.com

 

Stylistyka muzyczna Gaye Su Akyol przywodzi też na myśl oniryczne obrazy i sceny z filmów Jodorowsky’ego, teksty piosenek podobnie dryfują wśród fantasy, czarów i alchemii dźwiękowej.

Podczas koncertu doszłam też do wniosku, że podążanie za językiem, za melodią słów, jest jednym ze sposobów (oprócz ruchu) wejścia w prezentowany przez artystów świat. Ruch naturalny, podążający za melodią, ruch mentalny podążający za słowem – i wchodzimy, jak w masełko, w baśnie i rytmy nawet zupełnie sobie obce.

Dla polskiego słuchacza przystępność tej muzyki odsłania się też jednak w części instrumentalnej, gdzie mamy wiele nawiązań do klasyki amerykańskiego rocka psychodelicznego, cold wave czy nawet grunge’u. Artystka inspiruje się zatem kulturą undergroundu, sama reaktywując go w wydaniu tureckim. Ma więc ogromne możliwości i paletę nawiązań zarówno do własnej kultury (głównie rejon Anatolii), jak i wyraźnych w Stambule wpływów azjatyckich. Można powiedzieć, niezły „miszmasz”, tymczasem to pełna sekretów i fal psychodeliczna, undergroundowa i melodyjna językowo muzyka, której każdy powinien zasmakować.

 

 

 

 

Gyedu-Blay Ambolley & His Sekondi Band

 

To, co zdarzyło się podczas ostatniego koncertu, pierwszego dnia Globaltiki przerosło moje wszelkie wyobrażenia. Fakt, że nie znałam wcześniej afrykańskiego zespołu tylko podsycił całe zamieszanie. Nagle tysiące słuchaczy w oczekiwaniu na – można rzec gwiazdę wieczoru – zgromadziło się pod sceną. A gdy cały zespół zajął swoje miejsca na scenie, otworzyłam oczy ze zdumienia. Oto jest, On! Pochodzi z Ghany i jest twórcą muzyki, która ma nawet własną nazwę ” simigwa-do”, a wzięła się od jego piosenki o takim tytule i jest aktualizacją afrykańską stylu „highlife”. Jazz, funk, soul, afrykańskie brzmienia, słowa zaklęcia, bluesowe solówki, przyjemność z grania, wspólnota muzyczna, taniec, ogień, serce pełne radości, kosmiczna współpraca wielu muzyków na scenie, gwiazdor rodem z filmu w iście arystokratycznym stroju. To jest właśnie simigwa-do! Bardzo się cieszę, że poznałam tę muzykę właśnie na Globaltice i to w takim królewskim wydaniu. Gyedu-Blay Ambolley to naprawdę legenda i tak się też zachowywał na scenie, jak ryba w wodzie! Na swoim koncie ma ten człowiek 30 płyt!

Znalezione obrazy dla zapytania Gyedu-Blay Ambolley & His Sekondi Band
Ancienne Belgique

 

To stary wyjadacz, który umie czarować, jak Mama Africa naucza. Powiem tak, jako osoba na czarach się znająca, że zdarzyła się piękna zbiorowa, muzyczna hipnoza. Muzyczny trans, dźwiękowa podróż. Zaczęliśmy wypowiadaniem afrykańskich słów-zaklęć, powtórzonych na samym wstępie, rozgrzani dźwiękiem wielkiej grzechotki i bezkompromisową pewnością siebie artysty. Zostaliśmy zabrani w podróż do Afryki, gdzie ten, kto się nie rusza jest wręcz wykluczony ze stada! Taniec, wspólnota, radość, słońce to słowa klucze, które szybko znalazły miejsce w moim ciele, podrywając je do tańca. Bez kontroli, naturalny ruch sam powiedział, gdzie ręka gdzie noga, jak głowa, jak dusza ma się ruszać. Ten cudowny stan poszerzał się wraz z każdym utworem.

Zespół tworzy kolektyw świetnych muzyków z Zachodniej Afryki.  Obserwacja artystów, którzy z jawną rozkoszą zabierali nas w coraz dalsze zakątki swojej narodowej melodii, to była prawdziwa przyjemność. Wielkie uśmiechy na ich twarzach dawały obraz Afryki, a raczej Ghany, która wita z otwartymi ramionami każdego, kto odnajdzie się w rytmicznych dźwiękach bębnów i wspólnego grania oraz śpiewania.

DO YOU WANT MORE AFRICA??? To była też taka Afryka, jakiej Europejczyk pragnie. Jakiej pragnie Polak, który nie ma „tyle słońca” w swoim kraju, który nie ma „tyle muzyki”, który z reguły niekoniecznie potrafi puścić się w tańcu, potrzebujący przewodnika na tej ścieżce, potrzebujący po prostu doświadczonego szamana muzyki, który zabierze nas i bezpiecznie przyprowadzi z powrotem.

Tak też się stało! I była to kwintesencja kosmicznie dobrego koncertu, bowiem artysta na koniec rzeczywiście odplątał słuchaczy, odgrzechotał nas, odprowadził znów na teren gdyńskiego parku Kolibki, przed scenę Globaltiki. W ten piękny, bezpieczny i domknięty szamańską klamrą sposób, koncert legendy ghanijskiej muzyki dobiegł końca. I ja się cieszyłam, bo jeszcze chwila dłużej, a przecież mogłam paść ze zmęczenia, bo przecież bym nie przestała tańczyć, gdyby grali dalej. Otóż, to jest właśnie dobry koncert, gdy z wdzięcznością bijesz brawo na zakończenie, dziękując za świetną muzyczną i taneczną podróż i za to, że już jest koniec, bo naprawdę, och uch ach, nie masz już sił w tym transie!

Za to piękne, afrykańskie serce dziękuję Globaltice, bo był to bez wątpienia koncert, na którym bawiłam się najlepiej. Sama postać Gyedu-Blay Ambolley dała przykład muzyka doświadczonego, mającego idealny kontakt z publicznością, pewnego siebie i rytmów, które prezentuje. Artysta wraz ze świetnymi muzykami pokazał Globaltice kawał solidnej szkoły afrykańskich dźwięków, tańca i zabawy.

 

 

 

Relacja z drugiego dnia Globaltiki będzie niebawem na stronie

Stay tuned! 

 

„słowa-zaklęcia, słowa-dźwięki” Globaltica 2019
poster globaltica2019

Dodaj komentarz

Close Menu