Codzienne Ogrody {3. ŚNIEG}

 
codzienne ogrody
{3}

Śnieg

 

To były ostatnie chwile by opiewać śnieg. Pustkę rozciągającą się wzdłuż oblodzonych dróg, przestrzeń osieroconą i pozbawioną światła. Wśród ostatnich śnieżnych pagórków, migała twoja czarna skóra, do której przylegało spocone ubranie. Czekoladowy aromat. Idealna na zimowe wieczory; gorąca. Gęste włosy spływały falami na plecy, a płatki śniegu zdobiły je jak najsubtelniejsza koronka.

I czarno na białym widziałem jak potoczy się ta ostateczna rozgrywka. Mogliśmy uciekać przed sobą w nieskończoność, kluczyć pomiędzy opuszczonymi blokami i wtapiać się w ich szare odcienie. Ale poukładana, wymierzona już wieki temu powierzchnia sprzyjała byciu przewidywalnym. Tylko ewentualna zamieć śnieżna lub nagły deszcz mógł zmącić nasz wzrok i przyprawić o zakłopotanie. Albo ten niespodziewany usypiający dźwięk, morze w oddali, cichy szum… szepty.

Płynęła ulica setką świateł i sunących głucho, lecz gładko po asfalcie opon. Lampy dzwoniły do rytmu, niekiedy zmieniając swój odcień. Myśli, uspokojone tym spokojem dążności i pędu, mamrotały coś w półmroku. Siedzieliśmy w zakamarkach, słysząc przejeżdżający świat, tułając się od jednej piwnicy do drugiej, jak szczury pękate i głodne zaspokojenia.

Ja. Utkany w szarą sieć popędów i ty, błyszcząca dama wszystkich słońc. Modliłem się o dźwięki miasta, żeby zagłuszyły krzyki. O wybaczenie i o niewinność dla ciebie. Pamiętałem o tobie. Rycersko broniłem twojej świętości w oczach Pana, siebie podkładając pod sąd grzechów codziennych. Maszerowały za mną niczym karawana zagubiona na najdzikszych rejonach pustyni. Wciągały mnie w jej odmęty, dziurawiły wnętrze, żeby wpuścić do środka strumienie piasku i kamieni.

Kiedy rzuciłem pierwszym, wygrzebując go spod zlodowaciałych śmietników, zaświstał w powietrzu i przeciął je, z dostojeństwem trafiając celu. Zdrapany naskórek zmieszał się z brunatną krwią i zabrudził lekko śnieg. Śnieg jednakże i tak był brudny, podeptany, oblany żółtawym moczem, topił się, przemieniał w kałuże. Widziałem ciebie na nim, leżącą. Może nawet tak samo brudną, tak samo topiącą się w moim spojrzeniu, w moich płynach.

Ale nie leżałaś, zniknęłaś za rogiem, a tam kule śnieżne wzbiły się w górę i cudem omijając mnie, wylądowały na murach pobliskiego budynku. Zostawiły tam białe, okrągłe ślady. Dzieci rozniosły się ze śmiechem i znów byliśmy sami. Okna poodsłaniane, lecz puste. Zbyt zimno, by… zbyt zimno na ucieczkę.

Powoli zapadał całkowity zmrok i cisza otuliła nas swoim płaszczem. Uliczny szum zagrzmiał z całym swoim majestatem, przytulił mnie i ukoił wewnętrzne rozedrganie. Znów byłem tam, samotny i zamknięty w czterech ścianach myśli, gdzie cegły naznaczone zostały innym znakiem życia i witalizmu. Kolory tych symboli tańczyły mi przed oczami za każdym razem, gdy kończyłem w tobie tatuować zwycięstwo.

Ulicę skąpała woda, a śnieg znikał w dziurach, rynsztokach i pod kołami sunących po deszczu aut. Niekończąca się podróż grała w moim umyśle. Każdy twój ruch, gest, słowo, choć tak rzadko mogłem je słyszeć, był kierunkowskazem. Mapa twojego ciała mówiła jednak wyraźniej i teraz, kiedy w ostatecznej godzinie mogłem opiewać śnieg na gładkiej, ciemnej skórze, dostrzegałem wcześniej pomijane obiekty. Ślady stóp, ślady rąk, ślady pięści w kolorze bakłażana. Tak… z okna nad nami poczułem zapach pieczonych ziemniaków. Muszę przygotować się na wiosnę. Gdyby tylko ten szum nie uśpił mej czujności na detale, zauważyłbym, że nie byłaś człowiekiem.

Codzienne Ogrody {3. ŚNIEG}

Dodaj komentarz

Close Menu