Codzienne Ogrody {2. GÓRA}

<<<<>>>><<<<>>>><<<<>>>><<<<>>>><<<<>>>>

Miniatury twórcze

„codzienne ogrody”

<<<<>>>><<<<>>>><<<<>>>><<<<>>>><<<<>>>>

 

 

{2}

Góra

Podarował mi złoty pierścionek, mieniący się barwami spienionych fal. W tym uroczystym geście mieściła się obietnica niezłomnej i niezwyciężonej wieczności. Wspólność przejmująca zaplątała się w moim spojrzeniu, które z grzeczności tylko zwróciłam ku górze, ku Niemu. Tańczący na wietrze zakołysał się przed oczami. Król życia i śmierci. W równoczesnym ruchu obu dłoni tworzył i niszczył, wprawiał rośliny w bujny wzrost i suszył je, aby niczym relikty leżały pod naszymi bosymi stopami.

Skurczyły się moje wyobrażenia o świecie, kiedy mogłam stanąć u boku przedwiecznego i dotykać lekko jego kolan zastygłych w lotosie. Prostota ogarniała cały firmament, a dziwne dźwięki dobiegające spod Góry wywoływały we mnie śmiech. Tu, wśród skalistych przestrzeni i orzeźwiającego powietrza, radość wyrażana była w ciszy, pobrzękującej pomiędzy naturalnymi melodiami, jak moje bransolety na kostkach. W tym onirycznym rytmie dotykaliśmy siebie myślami, a korowód ludzkich snów i pragnień docierał do nas niczym halucynacje.

Spośród nich wyławiałam codzienne historie z podgórskich wsi i leczyłam nieświadome rany ich mieszkańców. Jeden z nich myślał, że urodził się bogiem. Przesiadywał na skraju lasu, tuż u podnóża Góry, gdzie wiła się ścieżka na szczyt. Za jego plecami przemykali więc pielgrzymi, wierni, ciekawscy lub podróżnicy, ale czasem także dzieci rozpędzone w popołudniowych igraszkach w dzikie otchłanie. I ja go mijałam podążając za pierścionkiem, który blaskiem w nocy wskazywał mi drogę i karmił mnie spokojem wśród wyczerpania wędrówką.

Wcielony w człowieka bóg siedział tam tego dnia tak samo jak zawsze, z nogami podkurczonymi. Powieki przymknął, dłonie złożył na kolanach, a twarz ozdobił subtelnym uśmieszkiem. Był to uśmiech pełen rozkoszy, jakby na granicy nieistnienia, a jednak bycia w życiu tak bardzo jak tylko to możliwe. Z jego życia, które ujrzałam, wynikało jasno, że jest obecny w i czerpie z teraźniejszości co tylko możliwe.

Wieczorami rozpalał fajkę, podrywając tym nagłym ruchem do tańca świetliki. Odurzający zapach wznosił się ku górze, wciągało go niebo i gwiazdy wirowały wokół własnej osi. Wcielony w człowieka bóg uderzał palcami o kawałek drewienka, wygrywając na nim słodką melodię, głaszczącą zmęczone ciała, masującą napięte mięśnie. Stukanie to docierało aż do najbliższej wioski i mieszało tam z radosnymi pląsami wśród ognisk, a właściwie dodawało im nowej głębi, niezbędnej i oczekiwanej przez rozbawionych młodzieńców.

Bóg często sam mieszał się w tłumie. Zachęcał do tańca kobiety, zakładając im na szyję naszyjniki z drogocennymi klejnotami. Smukłym palcem wyszukiwał linię ich bioder ukrytych pod lejącym się, gładkim materiałem sari, a czasem niby to przypadkiem, zawadzał o wgłębienie w strukturze sukni, odkrywając lekko błyszczące od potu ciało.

Szlachetnym wzrokiem obejmował wszystko, od bliskich kompanów, po wędrowców na najwyższym szczycie Góry. Patrzył poprzez płomień i w płomieniu gasił namiętności.

Niesiony iskrami buchającymi z ogniska dojrzał moje świecące oczy. I już po chwili czułam ten ogień wokół siebie, jak pogania mnie, jak pali skórę, wznieca się wokół palców i stóp i porywa włosy aż ku granatowi nieba. Wbiegałam na górę raniąc się w stopy. Kropelki krwi patrzyły na mnie cierpliwie. Im wyżej, tym cieplejsza czułam się w środku. Koraliki plumkające dotąd na szyi, przymarzły do moich piersi, ametyst przylgnął do sutka. W purpurze zamilkł świat i okrzyki starego boga przybrały kształt uśmieszku, co właśnie znika, co dopiero się pojawia.

Codzienne Ogrody {2. GÓRA}

Dodaj komentarz

Close Menu