Codzienne Ogrody {1. OGRÓD}

 

 

 

{1}
Ogród

     Ta nuta światła rozbrzmiewa nam w głowach. Od czasu, kiedy w spokoju pielęgnowaliśmy ogrody rozpierzchnięte wśród starych winnic, minęło tak wiele myśli i zdarzeń. Nieukojone pragnienia, wśród labiryntów w rozdygotanych umysłach, wciąż rozrastają się, rozrastają się w dźwięki i zapachy, które nigdy nie zakwitną.

    Świat przygasł i uniemożliwił spijanie wieczornego wina z ust Gospodyni. Czerwonych i pełnych cierpliwej poezji codzienności. Trochę światowej inspiracji, mówiła, a my w skupieniu rysowaliśmy te ważne detale przy pomocy kawałków węgla. Utykał w chropowatych deskach niewykorzystanych przez Stolarza. Przechowywały inspiracje w zapachu wilgotnego, młodego lasu. Były jego ostatnim i jedynym słowem. Epitafium.

    Gdy zapadał półmrok, wychodziliśmy z zakamarków by przyglądać się pracy gwiazd i uczyć się od nich szycia piękności.

     Lekcje nie zostały dokończone, choć ich ziarna powtykaliśmy w żyzną glebę i skropiliśmy obficie krwią.

     Nie zakwitły z ziaren kwiaty w gwieździstych barwach i kształtach.

    I dłonie Gospodyni nie były delikatne, gdy wyciągała je po winogrona. Zaciskała subtelnie palce na okrągłych owocach, a potem gwałtownie odrywała je i wsuwała do ust tak, aby przegryźć nabrzmiałą kulkę w najbardziej soczystym miejscu. Pozwalając spłynąć słodkim sokom po naznaczonej zmarszczkami brodzie, mruczała bezdźwięcznie i uśmiechała się kącikiem ust. Nasłuchiwaliśmy. Mówiła cicho, znów o świecie i kazała nam sadzić mandarynkowce i jabłonie.

    Zanurzaliśmy się w językach wszystkich narodów, by z każdego z ich tajemnych wnętrz wyłuskać najdelikatniejszy owoc, źródło wszelkiego szaleństwa. A potem wydobyć spod tej płachty prawdziwą energię, bezpośrednią baterię, w której skumulowany został potencjał działań.

    Trzeba było pracować w spokoju. Oddzielać cierpliwie ziarno od ziarna i tylko słodyczą mierzyć ich odpowiedniość do wymogu Gospodyni.

      O świcie przychodziła i krzywiąc swój wprawiony nos, oceniała zapach naszego wysiłku. A był to wysiłek ukryty wśród setek, tysięcy, miliardów dźwięków, słów i opowieści, piosenek i milczących patosem melodii.

   Wreszcie przemówiła głosem realnym i wskazując na wielkie baniaki pełne fermentujących owoców, kazała oswoić się ze śmiercią. Dostaliśmy po pełnym kubku pachnącego trunku. Odbijał się w nim księżyc, a w księżycu ziemia i nasze źrenice wpatrzone w swoje odbicia. Z zaskoczeniem co do smaku przełykaliśmy napój, stopniowo oddalając się od podmiotowych aspektów poznania. Na wargach pozostał nam przezroczysty blask, jakbyśmy właśnie napili się wywaru z pękatego księżyca z domieszką przypadkowej komety, co nagle…

   Jak zwierzątka otwieraliśmy oczy z nową, nieznaną wcześniej radością bez myśli i słów. Nasze języki splątane w okrzyku nienaturalnym dla kwiatów, wzbiły się ku górze wraz z kawałkami kończyn, które kolorowały przestrzeń nad ogrodami. W ciszy opadły na ziemię, gdzie kiedyś ziarna… zanim świat wygasł.

   Znikł w świetle, rozlewając się feerią smaków i zapachów

Codzienne Ogrody {1. OGRÓD}

Dodaj komentarz

Close Menu