active galactic nuclei | 23.08.2019r. – w s p i e r a j

WSPIERAJ – SIEBIE I ZIEMIĘ

Ostatnie wydarzenia zagrzały mnie do mojej misji pisarskiej jakby na nowo, tchnięta jestem żywiołem Matki Ziemi i z jej pomocą nieustannie biorę swoje lęki w garść i wypuszczam je barwnym pyłem na wiatr. Tak należy, od 25ciu lat – tak należy, co z tego będzie, joga nie pozwala pytać, nie pozwala wyglądać owoców swych czynów. Nie pozwala – i dobrze, i dobrze i całe szczęście że mam tę jogę, że ona mnie prowadzi i utula, gdy trzeba i gdy trzeba totalnie bezwarunkowo karci. Tak trzeba, a dlaczego? By mieć to wnętrze silne i gotowe zawsze przyjąć i poprowadzić, zawsze umocnić kogoś w wierze lub uzdrowić – siebie. Bo o tym mowa, że przecież pracując na rzecz siebie, pracujemy na rzecz całego świata. I nie chodzi o to, że wyglądać uzdrowienia, tylko dla samego faktu, że teraz należy to i to, wykonać. Bez żadnego ale i jęczenia.

Ale do rzeczy, bo ten dziennik alsłowiowy, jak już pisałam na początku jest niechronologiczny, oderwany od czasu i przestrzeni, wolny, subiektywny i najczęściej przedziera przez niego, albo moja pisarsko-słowna mistyka, albo święty gniew zakopywany przez lata w różnych częściach ciała czy tam umysłu. Gdy przebiera się miarka, muszę się wypisać, wyspowiadać przed Słowem. Więc aktywna galaktyka mi w tym pomaga, bo jej energią jest własne źródło i tylko stamtąd czerpie moc i siłę. I ja wracając do niej, czasem spragniona, czasem z darami, dzielę się i idę dalej. Dzielę się swoją Nauką.

Moją nauką ostatnimi czasy było bardzo wiele rzeczy, zbyt wiele poza czaso-przestrzenią ziemską, by móc o nich wprost opowiedzieć. Na Stolicy Języka Polskiego, z której zamierzałam zrobić sprawozdanie, ale robiłam je na bieżąco na alsłowiowych mediach społecznościowych, bo chyba od tego one właśnie są.. na Stolicy w Szczebrzeszynie (tak, to magiczne miejsce istnieje) usłyszałam o Dziennikach i pisaniu ich. O swoistym fenomenie dziennikowym, że teraz każdy pisze i publikuje, a kiedyś to siadał z kajetem w rogu pokoju i to miał być jego prywatne, intymne, tylko jego. Bez namysłu, że to ktoś zobaczy. Bo to było do rozmowy ze sobą, ze słowem i swoją duszą.  A wszystko wzięło się z dyskusji o Dzienniku Tadeusza Sobolewskiego (ojciec Justyny Sobolewskiej, tej pięknej damy). Ale wracając do dzienników, bo to mnie zaciekawiło…

iż od tych zasiedzeń w kącie najczęściej biorą się wielkie rzeczy. Wiecie, zasiąść i pisać taki pamiętnik intymnik to jest mocna sprawa, to jest jakby zasiadać do medytacji, albo.. picia ayahuascy, ale znacznie łatwiej i szybciej się wszystko odbywa. Bo zaczynasz pisać co myślisz, co chcesz, wiesz, że cię nikt nie oceni, stopniowo wychodzi na powierzchnię wszystko, co ci siedzi w psychice podświadomości. Nie oceniasz tego, piszesz, bo to tylko twoje zwierzenia i potem jakoś ci lżej i lepiej się robi. I to zaczyna mieć kształt, wychodzą tematy i związki wcześniej niedostrzegane, jakaś pasja się dobija, jakieś złote myśli, jakieś wspomnienia.

Ja pisałam takie intymne pamiętniki od mniej więcej czwartej klasy podstawówki, kiedy też w tym czasie faktycznie poznałam swoją joni, świętą waginę, cipkę i masturbację nad książką do religii. To wtedy, ale nie pisałam o tym w pamiętniku, choć musiało być tam wiele szczerych przemyśleń, skoro potem te wszystkie pamiętniki spaliłam. Ale po kolei – pisałam od małego, rok w rok, całe gimnazjum też, więc takie 6 około dużych pamiętników i kilka-naście małych do innych spraw (tak, miałam je już wtedy). I ja ogółem od małego byłam, jakby to rzec, stara. Miałam w głowie te kosmosy, które mam teraz, ale jeszcze nie umiałam tak słów układać, by je wprost opisywać. Stopniowo to się rozwijało, dzięki pisaniu. Zatem kiedy moja koleżanka, droga zresztą, choć nieufna byłam, zajrzała do jakiegoś tego pamiętniczka, to ja w szał wpadłam taki i wstyd, że wszystkie te pamiętniki: pozamazywałam długopisem, poskreślałam, napisałam na nich, że nie wolno pod żadnym pozorem czytać i otwierać nigdy (w każdym wymiarze itp itd) oraz je pozaklejałam taśmą, tak by nie dało się otworzyć. Takie pozaklejane totalnie pamiętniki – te wszystkie nic nie oszczędziłam – zaniosłam do kotłowni i tam je do pieca wrzuciłam po kolei, w płomienie. Wszystkie, oklejone taśmą. W płomienie. I tyle, jakoś uczuć nie miałam, bo wcześniej złość i wstyd już wyszły. Cały ten proces postrzegam dziwnie. Co tam było do jasnej ciasnej?

Potem mniej pisałam, ale w tym samym czasie dostałam już pierwszego swojego laptopa, pierwszy swój komputer w ogóle, gdyż już za dużo mi się kartek namnożyło i chciałam zacząć przepisywać swoje książki (w gimnazjum napisałam trylogię fantasy). I tak też pracując pisarsko nad nimi na kompie, zaczęłam tworzyć spontanicznie dziennik w wordzie. I on był też szalony, on był tak anarchistyczny,  że teraz bym dała sporo książek z własnej biblioteki, by go przeczytać. Ale tez w nim dużo bólu było, buntu nastoletniego, ale też ciekawych wglądów w kulturę i literaturę, a szczególnie film, bo wtedy bardzo dużo po nocach oglądałam filmów. Horrorów, najczęściej – no cóż. Muzyki też tam było no i twórczości poetyckiej. Także refleksyjność na maksa.

W międzyczasie skorzystałam z dobrodziejstw technologii – Internetu – i zaczęłam tworzyć też blogi, czyli pisać to co wyżej lecz na użytek publiczny. To już były blogi, nie dzienniki czy pamiętniki, czyli raczej życiowe refleksje, bo może ktoś zechce być w tym ze mną, jakoś tak to działa, ten człowiek. Zaprasza do swojego świata robiąc to, co umie najlepiej. Ja pisząc zrobiłam na przykład w dzieciństwie stronę – blog o tym że ludzie torturują zwierzęta, jedzą je, wstawiałam po kolei zdjęcia i sprawozdania z: ubojni, transportów, laboratoriów, jedzenie, kosmetyki, futra, wszystko wszystko wszystko to przestudiowałam i udostępniałam na tym blogu. Potem temat się wyczerpał, bom się wystarczająco uświadomiła, że zwierzęta cierpią przez ludzi. I już nie wracałam do tego, przejście na wege było naturalne, bo niezgodne było jedzenie zwierząt, które równocześnie miałam kochać, i kochałam bo pieski kotki ptaszki… Naprzeciw! moralnej schizofrenii.

Ale ten pamiętnik w wordzie, kiedy skończyłam liceum, usunęłam. Usunęłam, był pojemny, było tego dużo. Usunęłam, bo niósł dla mnie zbyt wiele bólu. A część też chyba straciłam przez jakąś komputerową omyłkę. Ale przyzwyczajona do tego jestem, to dobre zapewne dla duszy i psychiki. W każdym razie wtedy też zaczęłam pisać już inaczej nieco, bo mnie rozwinęły te wglądy w swoją psychikę tak, iż któregoś wieczora doznałam przebłysków świadomości i napisałam pierwszy tekst o świadomości. I poleciało, przemiana za przemianą. Założyłam bloga Świat Obok, tak to już grubo, ktoś to czytał nawet, pisali do mnie mailowo, zaczęłam pisać na portalu żyj świadomie, chcieli chcieli tego, no proszę – to dla mnie było piękne, że takie rzeczy są rozumiane, bo w moim mniemaniu miałam samotnicze pustelnicze egzystowanie wieść for ever.

Na szczęście nie, wyszło się do świata, to trzeba było iść dalej. Potem rozwinęłam nowe strony – o filozofii, o literaturze, wstawiałam wreszcie własne teksty – opowiadania i wiersze i recenzje książkowe i kinowe. Typowe blogerstwo w sumie. To było DLA świata. Ale dla siebie nie przestałam. Dla siebie otwierałam nowe zeszyty. To już na studiach. Nowe zeszyty, jak widziałam, że mocno się dzieje u mnie w duszy, że rozwijam się i muszę to jakoś monitorować, a że umiem w słowa – to otworzyłam nowy dziennik i tam zaczęłam notować obserwacje o rozwoju świadomości. Wszystko tam popłynęło. I się mistyka słów rozwinęła, i stany mistyczne, i głębokie wglądy. I zeszyt za zeszytem takie pisanie pamiętników przerodziło się w słownie estetyczne i uniwersalne zwiedzanie krain wnętrza.

To były strumienie świadomości, piękne pejzaże, w których każdy by mógł się odnaleźć. To były mandale słów. To były krótkie formy typu haiku. Te wszystkie treści wciąż były moją rozmową ze świadomością, emocją, czuciem, wglądem, ale już nie prywatnym, już ubranym w barwę słów, gdzie ja zanikałam.

Takie pisarstwo to mi porobiło i Alsłowię, bo dotarłam do wglądów takich, że słowo moim domem, a ja słów kapłanką.

I mi się zatęskniło! Za dziennikarską formą sprawozdań takich po prostu, które kiedyś spalę na przykład. Ale ponieważ mam stronę z domeną to już nie blog ani pamiętnik, to ja spiszę ten dziennik na stronie, bo chcę być też widziana, jako człowiek, autorka, inicjatorka tego miejsca, człowiek, kobieta, która żyje. I abyście wiedzieli, że ta słowna droga trwa i trwa i ja ją monitoruję nieustannie i wszelkie obserwacje z życia codziennego czy kulturowego czy natury i ducha, tutaj spisuję. I że jestem szczera i wszelkie artykuły, opowieści, opowiadania, powieści, które wychodzą spod mojego pióra, są przepełnione wcześniejszą głęboką pracą ze słowem w formie rozmaitych zeszyto-dzienników-slownych eksploracji swojej świadomości.

 

Głębokie wykopy w active galactic nuclei!

 

Zaczęłam jednak pisać ten oto wpis pognana właśnie tyloma rzeczami z ostatnich tygodni – wyjazdu do Szczebrzeszyna (tę relację można obejrzeć na wideo na Grupie Warsztatowej dla Pisarzy, gdzie adminuję) – głębokiego procesu samouzdrawiania i aktów psychomagicznych, czyli pracy z rodem i roślinami level up – no i ostatnich wydarzeń, czyli przykrej wieści, że od kilkunastu dni płonie Amazonia, lasy deszczowe (pamiętaj przy tym, że to nie jedyna katastrofa klimatyczna ostatnich czasów, bo i Indie Nepal nękają powodzie i topnieją lodowce i susza itd).

I ta wczorajsza wiadomość o ogniu w Amazonii mną wstrząsnęła, ponieważ:

  • media milczały

  • ja (i wiele osób czujących wiedzących) coś wyłapywały z przestrzeni

  • we wrześniu jadę na Stację Literatura ze swoją książką Kajwalia, która prezentuje świat przyszłości…

To dziwne, ale w tym świecie te rzeczy już zaszły i maluję słowem wizję ludzkości odnowionej, ale wcześniej – tego tak nie opisuje – zachodzą w niej okrutne wydarzenia, katastrofy i śmierci, co jest oczywistym faktem zmian na globie.

I też pewne sytuacje z tej książki, jak z jakiegoś okrutnego proroctwa sprawdzały się w moim własnym życiu.

Uważam, że powieści są jak sny. Że tak jak w snach, wszystko i każdy, kogo widzimy – to my sami. Lustra. W powieści jest poniekąd podobnie, ponieważ bohaterowie, dosłownie każdy, ma jakąś naszą cechę. Czasem nie wiemy jaką nawet, ale coś tam ma. Nie piszemy o sobie, bo wszystko co piszemy wychodzi z nas – i to dlatego. Nie ma w tym żadnego misterium. Jest w tym wielka lekcja dla pisarzy i twórców wszelakich. Że to, co tworzysz może być prorocze. Jasna cholera, być w tym teraz – mam dreszcz na plecach. Być w tym teraz. Widzę, że KAJWALIA jest potrzebna teraz, właśnie teraz. I we wrześniu będę pracowała nad tą książką i co zrobi z nią Biuro Literackie – nie wiem, ale jeśli przeczyta to ktoś, kto ma fundusze na wydanie i promocję tej książki, to pisz do mnie pisz!

 

PACHAMAMA ZIEMIA PRZYRODA

Co do płonących lasów i w ogóle Matki Natury. To ja posłuchałam jej w medytacji i złożyłam ofiary z roślin.

I zobaczyłam, że musimy ją wspierać w świętym gniewie i pomóc silnym sercem i miłością – przejść dalej zwierzętom i roślinom i ludziom, którzy stracili dom, którzy stracili życie, którzy odchodzili lub odchodzą w lęku i strachu. To właśnie, bycie położniczymi śmierci, jest naszą (healerów, szamanów, joginów etc) rolą w tym procesie. To jest nasza pomoc ziemi – pomóc tym istotom przejść w pokoju i miłości dalej. I zaufać Ziemi w jej świętym gniewie. Zaufać i wspierać ją w każdej decyzji. Ile czasu bowiem będzie trwało to wszystko? Czy od kogoś to zależy? Ja nie chcę błagać o deszcz, prosić o wsparcie z kosmosu. Ja się pomodlę o siłę dla Ziemi i dla ludzi, by we własnych sercach dokonali przemian, by prowadzeni swoją wewnętrzną mądrością odmienili losy przyszłych pokoleń, ale tak naprawdę – każdego swojego świadomego dnia. Świadomością. I to jest potrzeba chwili – wielkie pole miłości dla Istot z Amazonii i wielkie pole wsparcia dla Ziemi w jej energii WIEDZĄCEJ I CZYNIĄCEJ. Ufajmy czynieniu Ziemi, pomóżmy Istotom cierpiącym i wspierajmy swoich Bliźnich oraz swoją rodzimą ziemię. Chrońmy przyrodę tu i teraz, pod własnym domem, chrońmy dobro swojej rodziny i przyjaciół, dbajmy o siebie w tej właśnie godzinie, minucie, sekundzie, zaglądajmy do środka i ze środka otwierajmy swe serce na potrzebujących wsparcia. Tylko tyle i aż tyle, uwierzcie, mieścić to w sobie nie jest łatwo. Może mi łatwo o tym pisać, ale od kilkunastu dni noszę w sobie tę przestrzeń nawet o tym nie wiedząc, aż do teraz, kiedy ten przekaz ze mnie wypłynął, bo świat się dowiedział.

Miejcie silne granice w swoim polu, nie wchodźcie rozumem w dywagacje o tych sytuacjach i katastrofach. Dbajcie o siebie i Ziemię Rodzimą, gdyż to jest nasza przyszłość. Spójrz pod nogi, Bracie, Spójrz pod nogi, Siostro. Proszę patrzcie pod nogi, trzymajmy się za ręce, by jak korale nie rozpaść się w chwili trzęsienia. Kto ma siłę w sobie i przestrzeń niech codziennie wspiera myślą i sercem tych, którzy umierają lub przechodzą przemianę, którzy ją będą przechodzić, albo już kończą. Jeśli nie masz w sobie siły na to, trzymaj ją głęboko w sobie, uzdrawiaj się każdego dnia czułością. To nie takie proste, to jest wielkie, dać sobie tę uważność. Proszę, dbajcie o siebie. Dbajcie o Rodzimą Ziemię. Módlcie się za Amazonię, módlcie się z Ziemię, ale módlcie się POPRZEZ SWOJE ZADBANE, CZYSTE SERCE, POPRZEZ UHONOROWANĄ OJCZYSTĄ MATCZYNĄ PRZYRODĘ, POPRZEZ TU I TERAZ GDZIE JESTEŚ, NIOSĄC ŚWIATŁO WPROST DO JĄDRA ZIEMI.

Matka Ziemia zawsze potrzebowała takiej uwagi i wsparcia. Niczego innego – zaufania. My, ludzie Czyniący, nauczymy się tego teraz. Odczepimy ostatnie łatki przekonań o własnych wyobrażeniach, co do świata, ludzi, siebie samych. Tu i teraz, codzienną dyscypliną ciała, ducha i umysłu, połączeni w polu miłości, odżywimy swoją relację z Pachamamą, jako pełną mocy, równoprawną istotę, która nie potrzebuje ględzenia, jęczenia, sloganów, tylko codziennej pracy nad własnym wnętrzem i dbaniem o Rodzimą Przyrodę i naturę tam gdzie jesteś teraz, tam gdzie – patrzysz pod nogi.

***

Dziękuję, że w tym jakże dziwnym wpisie mogłam wyrazić swój przekaz i choć ów wpis wydaje się podzielony, jest w istocie spójny. Pokazałam się tu od tej strony, jaką sama przed sobą często chowam, ale teraz nadszedł czas Świętych Słów i do nich Was zapraszam. Bądźcie na Alsłowii, kiedy zabraknie połączeń sieciowych. Alsłowia będzie zawsze, jest w słowach. I ja też zawsze, czujna, uwierzcie, całe życie nad tym pracowałam, by czyste pole do transformacji świadomości rozpościerać w porze, kiedy jest ono potrzebne.



active galactic nuclei | 23.08.2019r. – w s p i e r a j
Rytuały i Kręgi Roślinne oraz fitoterapeutyczne/zielarskie wsparcie

Dodaj komentarz

Close Menu
×
×

Koszyk