Podziemia Kreacji, czyli twórca i rytm natury

 

Wokół nas jest tyle światów, a nawet połowy z nich nie możemy sobie wyobrazić, choćbyśmy bardzo chcieli. Wnikanie w struktury rzeczywistości obfituje w wiele zasadzek i niespodzianek, często mrożą one krew w żyłach i nijak się mają do wyobrażeniowej sielanki. Kiedy w naszej strefie klimatycznej hula wiatr i deszcze przemykają za oknami, znacznie łatwiej jest przypomnieć sobie o owej ciemniejszej stronie rzeczywistości.

 

 

 

 

(W imię kreacji) mentalne przekroczenie znanego

 

 

 

 

Wedle jednego z praw filozofii hermetycznej, Prawa Biegunowości, wszystko ma swoją drugą stronę, inne oblicze. Taka dualność panująca w umyśle, percepcji i świecie przyrody, jest jednak naturalna i konieczna. Jestem paradoksem – przyśniło mi się kiedyś, że mówię tak do jednego z najbardziej szanowanych przeze mnie profesorów, jakby to miało uzasadnić, dlaczego w zasadzie nigdy nie skończyłam studiów. Ale tak to jest właśnie, wiele osób mogłoby się podpisać pod taką cechą swojej osobowości i hermetycy to zawsze powtarzali, że paradoksy da się pogodzić, tak jak jedna moneta o dwóch stronach stanowi całość niepodważalną. Tak jak w naturze dzień i noc zamieniają się „miejscami”, czy też wypadałoby powiedzieć – słońce i księżyc. No a starożytni Chińczycy uśmiechnęliby się subtelnie, mając w głowie swoje yin i yang. Otóż, stanowi ono dwie formy ekspresji jednej energii, jednego świata, czy umysłu…

Ale nie o filozoficznych, tudzież metafizycznych teoriach, będę rozprawiać!

To tylko delikatne zobrazowanie sytuacji, jaka spotyka nas co roku, co kilka miesięcy natura bowiem przemienia się i wiele osób nadal nie potrafi tego zaakceptować. Szarpiemy się ze sobą, gdy jest za ciepło, albo za zimno – i tak na zmianę, bo każdy jest inny i dla jednego zima jest luksusem, dla drugiego jest nim słońce, albo orzeźwiające wiatry jesieni czy wilgotne powietrze wiosny…

 

Odnalezienie w każdej z tych jakości niepowtarzalnych inspiracji to zaś dla artysty największa przyjemność. W każdej – niezależnie czy drżymy na samą myśl o chłodzie lub upale, niezależnie czy przeraża nas listopadowa melancholia, albo ekstatyczne pobudzenie początku lata.

Tam gdzie umysł znajduje uciechy czy lęki, znajdzie też pokłady, a nawet całe oceany, inspiracji do tworzenia.

I za tę granicę pragnę was zabrać.

 

  Świadomość istnienia czegoś więcej niż znana realność, czyli dostrzeżenie tej realności dynamizmu!, jest często drogą do otwarcia się na zupełnie inne postrzeganie świata, niż to robiliśmy do tej pory. To przyzwolenie umysłowi na wgląd w miejsca wcześniej niezauważane, albo – co bardzo ważne – akceptacja tego, że rozum nie wszystko zrozumie i wyjaśni. I bardzo dobrze, bo dzięki temu całe spektrum wszechświata jest nam bardziej dostępne, jeśli nie będziemy wkładać go w jakiekolwiek znane ramy. Jedyną ramką jesteśmy my sami – na szczęście odpowiednio otwarci i świadomi, jesteśmy ramką praktycznie przeźroczystą. Pozwalamy sobie doświadczać, ale jako indywiduum, które nie traci swojej formy przez zderzenie z nieznanym, tylko wzbogaca ją, uczy się, podróżuje.

 

 

 

 

 

Ku melancholii ciepłego podziemia

 

 

 

 

 

Melancholia, ponieważ wkraczamy właśnie w taki czas, kiedy natura i jej część, jaką jest człowiek, zwalnia. Zapomnijmy na chwilę o tym, że jednak w społeczeństwie czas jesień-zima to okres edukacji i pracy, kojarzony głównie z tym, żeby coś robić – wyjść, wejść, dojść, przyjść. I choć wszechobecne zwolnienie bardzo sprzyja tak naprawdę pogłębianiu wiedzy, zasiedzenia w księgach i notatkach, tworzenia i wysłuchiwania mądrych ludzi, to ów męczący obowiązek od i do, skutecznie oddala od potencjału zdobywania mądrości w klimacie „spokojnego posiedzenia u stóp mistrza”. Na szczęście artystyczny umysł z lekkością przeskakuje poza ograniczenia i może zapomnieć o tym szablonie, stworzyć, wypracować własny i stać się pełną pasji i ciepła jesienno-zimową melancholią.

Nie jest tak, że inne pory roku nie sprzyjają melancholii, ale pamiętajmy, że mówimy tu o naturalnym, obecnym w przyrodzie, fakcie schodzenia w głąb, zapadania się, zagrzebywania pod stertą liści… Co też w kulturach archaicznych było akceptowane i szanowane, jako czas poświęcony przodkom, dbaniu o ognisko domowe, spokój, komunikację z rodziną, biesiadowanie w przyjacielskim gronie i wszelkie „nie nadwyrężanie się”. No bo przecież z przyjściem ciepłych dni trzeba zakasać rękawy i zadbać o swe pola, grządki i ogródeczki. Wyjść.

A teraz wchodzimy. W siebie. Taki jest ruch tego dzwoniącego w głuszy powietrza, atmosfery jesienno-zimowej. Wiele osób, artystów i nie, odczuwa w takim czasie smutek, przygnębienie, zauważa tzw. ciemną stronę mocy/nocy i generalnie częściej widoczny księżyc na niebie. I nie chodzi w tym wszystkim o umartwianie się, zaprzeczanie, zapieranie rękami i nogami przed samym sobą, nagim na pustynnym padole, wśród drzew bez liści, wiatru i w ogóle – znacie to.

 

Chodzi o pewien mrok duszy, która zna śmierć i może wie, co to oznacza… zna drugą stronę, mającą pewne predyspozycje do tego, by się ze śmiercią mierzyć, pojąć. To wreszcie ta strona nas, silniejsza niż jakiekolwiek inne siły, bo umiała się podnieść po upadku i wciąż pozostaje w cieniu, ale zawsze jest gotowa użyć swoich mocy. Duchowość ma tajne labirynty i ścieżki, które tak jak sny bywają koszmarami, ale wciąż pozostają w sferze snów – znaków i podróży.

 

 

 

Znalezione obrazy dla zapytania lynch medytacja
Okładka jednego z wydań książki Lyncha „W pogoni za wielką rybą”

 

 

 

Zachować balans może być trudno, ale pierwsze uświadomienie sobie, jak naturalny jest to ruch (w dół, w podziemia), może przekierować waszą uwagę na potencjał w tym drzemiący. Dla jednych oczywiście jest to czas, kiedy aż oczy błyszczą, niczym kotom w nocy, no bo przecież wszystko teraz jak na dłoni, te paradoksy, nocne istoty i korzenie wystające ponad gołą ziemię – łatwiej się skomunikować z głębią, z ciemną stroną swej duszy i z umysłu wyskrobać to, co nas boli i hamuje, poruszyć to, co gdzieś zapomniane utknęło i sprawić, by rozkwitło jak kwiat, odblokowało pokłady kreatywności. W sztuce, w lekkości, w akceptacji i spokoju wewnętrznego ciepła. Tak, tak wewnętrznego ciepła. Gdybym szczerze miała powiedzieć, cóż nim jest… To Pasja!

David Lynch w swojej książce na temat tworzenia i medytacji „W pogoni za wielką rybą”, wspomina o cierpieniu i smutku, i w sposób bardzo wyraźny opisuje coś, co być może już wiecie, doświadczyliście – a jeśli nie, to zapraszam do otwarcia się na ten aspekt siebie.

 

 

Dobrze jest, jeśli artysta rozumie, czym jest konflikt i stres. Z tych rzeczy też się rodzą pomysły. […] Można rozumieć konflikt, ale nie trzeba w nim żyć. Można pokazać kondycję człowieka, pokazać antagonizmy i kontrasty, nie trzeba jednak samemu przez to wszystko przechodzić. […] Jeśli jesteś artystą, musisz „wiedzieć” dużo o gniewie, nie będąc przezeń ograniczany. Żeby tworzyć, musisz mieć energię; musisz mieć jasność. Musisz wyławiać pomysły. Musisz mieć w sobie tyle siły, żeby stawić czoło nieprawdopodobnej presji i napięciom tego świata. Zatem pielęgnowanie tego miejsca, z którego pochodzi jasność i energia – zanurzanie się w nim i ożywianie go wydają się czymś rozsądnym. […] Łatwiej rozpala się twoja wyobraźnia. Masz więcej energii, więcej jasności. Wtedy możesz zabrać się do roboty i przełożyć te pomysły na takie czy inne medium. (s.93)

 

 

Pamięć zatem i skupienie się na wewnętrznym ogniu, pasji, czy temu co przynosi w sercu spokój, jest kluczem do zdrowej, pozbawionej ograniczeń aktywności twórczej.

Jedni powiedzą teraz, że no przecież ubabranie się w mroku też odblokowuje – ano, nigdy nie zaprzeczę – ale przełożenie skutecznie na język swej pasji tego, cośmy tam odkryli, następuje najczęściej dzięki utwierdzeniu się w tym miejscu „ciepła”, pewności, odwagi, z którego nasz indywidualny warsztat się rozwija. W tym przepływie jesteśmy też otwarci na komunikację ze światem na tym artystycznym poziomie. Pomyśl, jak wielu artystów pisze do szuflady, albo maluje na skrawkach papieru i nikt tego nigdy nie ogląda.

 

Artysta, realizując swoje wizje, może czynić świat bogatszym o mentalną wolność, o umysł pozbawiony ograniczeń i otwarty na różność całego kosmosu. Poza dualizmem łączą się jakości, łączą się formy i ludzie – tak jak my, tu, na Alsłowii.

 

 

 

 

 

 

 

Balans, wyobraźnia i oniryzm

 

 

 

 

 

 

Jodorowsky zwykł pisać, żeby spróbować interpretować rzeczywistość, jakby była snem. Pozwala to zdystansować się do cykli i procesów, do myśli i emocji, często buzujących nam pod skórą oraz w umyśle. A następnie uchwycić z codziennego doświadczenia symbole, znaki, wskazówki, które prowadzą zazwyczaj tylko do jednego celu: aby być bardziej sobą, odważniej sobą, ekspresji nie blokować i za najgłębszą pasją podążać .

 

Dlaczego śni mi się, że wszędobylskie ochłodzenie wprawia mnie w ponury nastrój i zachęca do dekadencji?

A może w jakiejś kawiarni mam poznać kogoś, kto uzupełni idealnie krążący mi po głowie od dawna projekt…?

A może moje ciało potrzebuje rozgrzania i lepszego krążenia? Dopomina się by o nie zadbać i zrelaksować się wraz z zasypiającą przyrodą?

A może jest to przypomnienie… wspomnienie… ukryta potencja… i należy zrobić temu na przekór i wejść w ów chłód, zmierzyć się z nim i posłuchać, co ma do przekazania?

 

W każdym razie warto pozwolić sobie na pełne doświadczenie i akceptację stanu natury, w jakim się znajdujemy. Na poczucie tej natury, wysłuchanie jej gęstego, onirycznego śpiewu. Bo czyż ten okres nie jest właśnie taki? Pomyślmy zatem, jakie wartości ukryte są w tych podziemiach listopadowych deszczów i przybliżającej się chłodnej zimy.

Sprzyjają głębokim wglądom w naturę rzeczywistości bez różowych okularów, w jej wszelki cień i jego źródło. Umożliwiają poczucie stanów, które artysta powinien znać, aby wiedzieć, jak je opisać, przedstawić, zobrazować. Cała przyroda w tym dopomaga, powoli zanika, a zarazem co innego ukazuje na swej powierzchni. Uczy uważności na każdy skrawek emocji i myśli, które pojawiają się w nas, a następnie – ho ho – zanurzenie się w nich.

 

 

To jest jak z pisaniem, kiedy wiesz już że to, co zrobisz ma mniej więcej taki i taki klimat. Że będziesz w nim siedzieć jakiś czas i on cię z pewnością zje. Przez chwilę nawet zapomnisz, gdzie zawędrowałeś, ale wracając do tworzenia wszystko ukaże się pulsujące i nabrzmiałe – pełnia doświadczenia kreowanej atmosfery, stanie się chwilowo twoim domem. I nie chodzi o to, aby dać się obezwładnić emocjom czy myślom, ale by nauczyć się manewrować, pływać i tworzyć. Nie wartościować danego zjawiska, tylko je przyjąć i eksplorować.

 

 

Alejandro Jodorowsky w swej na wpół autobiograficznej książce „Taniec Rzeczywistości”, opisuje swoje początki na drodze duchowej, jak i artystycznej. Był dzieckiem dosyć zakompleksionym, ale zorientował się… i zaczął coś z tym robić, chciał czuć się w pełni dobrze, czy też odkryć swój potencjał; wiedział, że tylko na siebie może w tej kwestii liczyć: zaczął eksplorować to, co miał najlepszego. Umysł.

Wykonywał medytacje, wizualizacje, które poszerzały go mentalnie, uczyły eksplorować swoje ciało, emocje, rozszerzać percepcję. A wszystko w rytm wyobraźni! Jodorowsky jest orędownikiem wyobraźni, żywej, twórczej, umożliwiającej otwartość i pełne gracji przekraczanie granic. Bardzo proste ćwiczenie tego typu to znalezienie spokojnego miejsca, nawet w ciemności, i skupianie się na poszczególnych częściach ciała, wzbudzanie w sobie ciekawości i zaufania do nich, obdarzenie ich uwagą. Jodorowsky pisze:

 

 

Dzięki tym ćwiczeniom potrafiłem rozciągnąć ciasną przestrzeń umysłu. Każda pojawiająca się myśl, otoczona naszyjnikiem słów zmiennych jak chmury, odbijała się tysięcznym echem. Nie myślałem już w sposób linearny, ale skomplikowanymi strukturami, labiryntami, w których niekiedy skutek poprzedzał przyczynę. Powierzchnia mózgu stała się jego wnętrzem, a świadomość jak miąższ brzoskwini wokół pestki – zewnętrzną warstwą nierozerwalnie połączoną z firmamentem.

 

 

Kiedy już jesteśmy świadomi, że w każdej sytuacji możemy zwrócić się do wnętrza i czerpać pociechę ze swej wyobraźni, otwiera się niezwykły świat doświadczania jej i rozszerzania! To dla artysty rzecz bardzo potrzebna, dla niektórych zaś trochę trudna na początku – wyobraźnia ma wiele zakątków i zakamarków, ale szczypta absurdu jest wielce potrzebna, i tak jak często bolesne prawdy, obecna w rzeczywistości. Szczególnie, jeśli zdobędziemy do niej dystans, jakby była fantastycznym, bogatym snem.

 

 

Podobny obraz
Kadr z filmu A.Jodorowskyego na podstawie wspomnianej książki”Taniec Rzeczywistości – La danza de la realidad. FOTO: FUERA DE LO COMUN

 

 

 

Zabawmy się więc absurdem i wyobraźnią! Mamy do dyspozycji rozmaite narzędzia, które roboczo za autorem „Tańca Rzeczywistości”, nazwę: dodawaniem, odejmowaniem, mnożeniem i dzieleniem.

Wiecie, kto niebywale zastosował te zasady w pisaniu? James Joyce w niektórych fragmentach „Epifanii”. Oczywiście zrobił to samodzielnie i każdy artysta to robi, ale poniższy post w formie audio unaoczni wam ten aspekt zabawy rzeczywistością, jakby była snem, z którym możemy zrobić wszystko: http://alslowia.pl/joyce-epifanie/

Dodawanie jest na przykład, kiedy widzę samochód i wyobrażam sobie, że zamiast czterech, ma dziesięć ogromnych kół, kręcących się rytmicznie, wydając dźwięki dzwonów i bębnów… Technika ta wykorzystywana jest w literaturze i filmie dosyć często.

Odejmowanie jest kiedy zmniejszam się do rozmiarów małego zwierzątka, by wejść do króliczej nory, choć tak naprawdę kucam tylko przy swoim zającu, patrząc jak je siano. Albo widzę tylko jego uszy, a całe ciało znika… Technika szczególnie ulubiona przez twórców bajek – Alicja w Krainie Czarów choćby.

Mnożenie jest wtedy, gdy medytując wyobrażam sobie, że mam tysiące głów i rąk i w ogóle jest mnie więcej o miliardy, a każdy skrawek może zwiedzać inny kosmos. Albo, że z powietrza zamiast deszczu spadają ametysty…

Przykładów jest nieskończona ilość: łączenie psa i kota w jedną istotę, albo człowieka z koniem – albo weźmy sfinksa! Tworzenie postaci bogów z głowami zwierząt. Zmiana, przemiana, transformacja np. pod spojrzeniem Meduzy w posąg. Jednoczenie się z ziemią poprzez sznureczki wychodzące ze stóp i plączące się w korzeniach najstarszych drzew… Oczyszczanie umysłu wyobrażeniem, że zalewa go oceaniczna fala. Spoglądam przez okno i widzę fruwające na wietrze liście, wyobrażam sobie, że zmieniają równocześnie barwy i wydają melodie dzwonków koshi. A patrząc na pociąg wjeżdżający w tunel, widzę czarną magmę, która go pożera i transformuje w statek latający do odległych galaktyk. Może ów tunel to czarna dziura?

 

Otoczenie wpływa na nas tak samo, jak my wpływamy na otoczenie. Równocześnie jednak pozostając w swoim rdzeniu, z wiedzą o sile wyobraźni, giętkiego umysłu, ciała łagodnie akceptującego warunki zewnętrzne, ale i mając moc, odwagę, by wprowadzać sobą w te warunki zmiany. Niekiedy bowiem czujemy wewnątrz, że pewne rzeczy muszą zaistnieć, by pchnąć do przodu jakieś skostniałe struktury – w sobie najpierw, a potem w świecie. Podziemia Kreacji sprzyjają przyjrzeniu się swojej prawdzie, zmuszają wręcz do szczerości, odkrycia wszystkich kart egzystencji i zajrzeniu w jej zakamarki, które wypływają przede wszystkim na to, byśmy mogli iść dalej pełniejsi.

 

 

Tak właśnie rozwijamy wyobraźnię, pracujemy nad warsztatem wizualnym i słownym, ale też mentalnie przekształcamy rzeczywistość, by stanowiła dla nas nieustające źródło inspiracji.

Uświadamia to też, w jak plastycznym świecie żyjemy i oczywiście – dynamicznym. Zwracamy uwagę na zmiany temperatury i wyglądu drzew, na swoje nastroje, za którymi niczym wytrawni wędrowcy możemy podążyć z woreczkiem na skarby

Ano, i taki los artysty, by nauczył się jednak potem z tego woreczka wyciągać je na światło dzienne.

 

 

Podziemia Kreacji, czyli twórca i rytm natury
© David W. Lynch Photography

Ten post ma 2 komentarzy

Dodaj komentarz

Close Menu